wywiady / o książce

Prosty liryk

Adam Poprawa

Marcin Sendecki

Rozmowa Adama Poprawy z Marcinem Sendeckim, towarzysząca premierze książki W, wydanej w Biurze Literackim w wersji papierowej 27 grudnia 2016 roku, a w wersji elektronicznej 3 lipca 2017 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Adam Popra­wa: Masz już ram­ki? Lub, jeśli wolisz, anty­ra­mę?

 Mar­cin Sen­dec­ki: Jak to było? Już są tam – wyku­te?

Cho­dzi o wiersz 39., nie tytu­łu­jesz w W (we W?) – utwo­rów, ozna­czasz je tyl­ko kolej­ny­mi licz­ba­mi, co zresz­tą pozwa­la też czy­tać książ­kę jako poemat. W każ­dym razie trzy­dziest­ka dzie­wiąt­ka to dwa wer­sy, takie (by spa­ra­fra­zo­wać kapi­tal­ną for­mu­łę Przy­bo­sia) nie-i-iro­nicz­ne, które komen­tu­jesz, a dokład­nie komen­tu­je two­je ja lirycz­ne, oddzie­lo­nym wer­sem ostat­nim: „Teraz tyl­ko tę mądrość opra­wić”. Opra­wie­nie, czy­li domknię­cie cało­ści. Linij­ka ta wyda­ła mi się mode­lo­wa, sta­wia bowiem kwe­stię koń­cze­nia, pod­su­mo­wu­ją­ce­go gestu. Otóż parę two­ich poprzed­nich tomów to były zbio­ry znacz­nie bar­dziej jed­no­rod­ne, tu nato­miast mamy bar­dzo róż­ne wier­sze, od typo­wo sen­dec­kich przez, powiedz­my, epi­fa­nicz­ne czy afo­ry­stycz­ne aż do – jak na two­je przy­zwy­cza­je­nia – wspo­mnie­nio­wo-gawę­dziar­skie. Zało­ży­łeś taką – znów jak na cie­bie – wręcz syl­wicz­ność, czy tak wyszło z nowych wier­szy? I przy oka­zji: wszyst­kie tek­sty są tu nowe?

Zacznę od kwe­stii naj­prost­szej: tak, wszyst­ko jest nowe, napi­sa­ne już po Lame­tach. Nie umiem przy­siąc, że jakieś linij­ki albo zło­że­nia słów nie koła­ta­ły mi w gło­wie wcze­śniej, ale nie ma tu wier­szy scho­wa­nych przed laty na lep­szą oka­zję i teraz wycią­gnię­tych z – powiedz­my – szu­fla­dy. Od począt­ku wie­dzia­łem, że książ­ka ma być „wspo­mnie­nio­wa” i mają to być wspo­mnie­nia zasad­ni­czo war­szaw­skie (co nas odno­si do – nie­cał­ko­wi­te­go – roz­strzy­gnię­cia kwe­stii „w” czy „we”. Otóż, raczej „w W”, jak „w  War­sza­wie” albo „w wier­szu” (albo w wido­kach, bo Wido­ki to był wcze­sny tytuł zbio­ru), niż „we W”, jak „we wspo­mnie­niu, wspo­mnie­niach”, ale dru­ga opcja też ma jakieś pra­wo bytu), więc, rzecz jasna, skła­da się z ułom­ków wspo­mnień i odro­bi­ny, waż­nej z moje­go punk­tu widze­nia, tek­stów, by tak rzec, metaw­spo­mnie­nio­wych, komen­tu­ją­cych  czy kwe­stio­nu­ją­cych owo pro­sto­dusz­ne cza­sem wspo­mi­na­nie. (Nie­kie­dy oba ele­men­ty spo­ty­ka­ją się, zresz­tą, w jed­nym wier­szu.)  W tym sen­sie książ­ka wyda­je mi się rów­nie spój­na jak tomy poprzed­nie, może nawet bar­dziej. To, że jed­ne tek­sty są raczej aneg­do­tycz­ne, a inne, niech będzie, afo­ry­stycz­ne czy nawet „gno­micz­ne”, to są w grun­cie rze­czy tech­ni­ka­lia, skąd­inąd obec­ne tak­że w moich prze­szłych książ­kach. (Przy oka­zji, kom­plet­nie nie wiem, co to są te „sen­dec­kie” wier­sze i czym się róż­nią od innych moich wier­szy, chęt­nie bym się od cie­bie dowie­dział. Skąd­inąd, „syl­wicz­ność” jako kate­go­rię przy­kła­da­ną do tomu poezji uwa­żam za pustą ram­kę, moż­na pew­nie wska­zać jakieś wyjąt­ki, ale W chy­ba do nich nie nale­ży.) No i – tak, lubię ostat­nio myśleć o W jako o poema­cie, choć oczy­wi­ście to są spra­wy umow­ne; brak tytu­łów poszcze­gól­nych tek­stów jest, zresz­tą, w któ­rymś miej­scu krót­ko sko­men­to­wa­ny. Nato­miast, by wró­cić do począt­ku, nie sądzę, by linij­ka, któ­rą cytu­jesz, była jak­kol­wiek mode­lo­wa czy pod­su­mo­wu­ją­ca cokol­wiek poza dys­ty­chem, któ­ry ją poprze­dza. W cało­ści idzie to tak: „Wszyst­ko ina­czej, / cho­ciaż tro­chę tak samo. // Teraz tyl­ko tę mądrość opra­wić.” – i jest to prze­cież, w samej rze­czy, mądrość god­na ram­ki albo makat­ki. Zasad­ni­czo wszyst­ko się zga­dza, ale co z tym począć? Powie­sić na ścia­nie albo wyta­tu­ować na czo­le. W tym wier­szu cho­dzi więc o taką oczy­wi­stą (egzy­sten­cjal­nie) oczy­wi­stość, któ­ra samą sie­bie bez­rad­nie iro­ni­zu­je, a w dodat­ku iro­ni­zu­je wła­sną bez­rad­ność.

Już się krótko tłu­ma­czę. Wier­sze sen­dec­kie to lapi­dar­ne tek­sty z wyzy­wa­ją­co krót­ki­mi wer­sa­mi. Gdy­by – dla wyra­zi­sto­ści przy­kła­du – uśred­nić nakła­dy i wiel­kość czcio­nek sto­so­wa­nych w poezji pol­skiej, to jesteś praw­do­po­dob­nie auto­rem zuży­wa­ją­cym naj­mniej far­by dru­kar­skiej. Oczy­wi­ście, nie tyl­ko takie wier­sze piszesz, i w W dobrze sły­szę twój głos, two­ją pro­zo­dię, dzię­ki któ­rym wszyst­kie utwo­ry sta­no­wią całość. I sły­szę nie tyl­ko dla­te­go, że ileś razy byłem na two­ich wie­czo­rach. Powie­dzia­łeś przed chwi­lą o iro­nii, któ­ra ponie­kąd sama się zno­si (powtó­rzę: ponie­kąd). David Foster Wal­la­ce już ćwierć wie­ku temu tak prze­ko­nu­ją­co pisał o wie­lo­zw­rot­nych iro­niach, któ­re dopro­wa­dzi­ły do sytu­acji, że trud­no cokol­wiek powie­dzieć na serio. Czy to rów­nież twój pro­blem?

OK, daj­my spo­kój bada­niu obję­to­ści far­by, jakie to ma w koń­cu zna­cze­nie. Co do iro­nii, to nie mam z nią abso­lut­nie żad­ne­go pro­ble­mu. Zabaw­ne, że pytasz o DFW, bo nie­daw­no czy­ta­łem tekst, o któ­rym wspo­mi­nasz, i sądzę, że eks­tra­po­lo­wa­nie kło­po­tu Wal­la­ce­’a z ówcze­sną mło­dą pro­zą ame­ry­kań­ską, któ­rą – pew­nie słusz­nie – obwi­niał o naśla­do­wa­nie pew­ne­go typu tele­wi­zyj­nej manie­ry inter­tek­stu­ali­za­cji pro­gra­mów, na uży­cie iro­nii w ogól­no­ści to prze­sa­da, a przede wszyst­kim nie­po­ro­zu­mie­nie. Myślę, że u DFW prze­ro­dzi­ło się to w rodzaj obse­sji i w połą­cze­niu z inny­mi pro­ble­ma­mi przy­czy­ni­ło się do jego tra­gicz­ne­go koń­ca. Mnie się zda­je, że serio nie stoi w opo­zy­cji do iro­nii, lecz do buf­fo; a iro­nia może być śmier­tel­nie poważ­na, tak­że jako narzę­dzie pozna­nia. Zresz­tą, sła­bo wyzna­ję się na tych wszyst­kich teo­riach. Pamię­tam, że na począt­ku sław­ne­go wykła­du Paul de Man cytu­je Schle­gla, któ­ry powia­da, mniej wię­cej, iż jeśli ktoś iro­nii nie czu­je, to mu się jej nijak nie wytłu­ma­czy, i mnie, pro­ste­mu liry­ko­wi, to naj­zu­peł­niej wystar­cza.

Przy­pusz­czam, że wąt­pię (żeby od innej stro­ny przy­po­mnieć o war­szaw­sko­ści). Iro­nia śmier­tel­nie poważ­na – zgo­da. Owszem, okrop­na jest ta defi­ni­cja Miło­sza iro­nii jako chlu­by nie­wol­nych. Nie­mniej cie­ka­wią mnie te sytu­acje u cie­bie, gdzie iro­nia, sama iro­nia, mam wra­że­nie, prze­sta­je wystar­czać. Zamie­ści­łeś otóż w W wiersz nie­le­d­wie papie­ski, jeśli nie ura­zi cię taka hiper­bo­la. Tak więc ktoś – raczej nie­spe­cjal­nie odle­gły od cie­bie – wymie­nia w tym wier­szu rze­czy, któ­re mu się nie podo­ba­ją: męskie klap­ki, rowe­ry na chod­ni­kach, tatu­aże (przede wszyst­kim u dziew­cząt i mło­dych kobiet?). I koń­czysz „cywi­li­za­cja śmier­ci / dopie­ro zmie­nia­ła się / w cywi­li­za­cję śmie­ci”. Jasne, pierw­szą ofia­rą iro­nii jest tu osła­wio­ny papie­ski bon mot. Ale zaczy­na się dziać rów­nież coś bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne­go. Cywi­li­za­cja śmie­ci koja­rzy się na przy­kład z Róże­wi­czem, przede wszyst­kim zaś: czy nie oka­zu­je się, że jed­nak było­by ci bli­żej do (zało­żo­nej przez auto­ra wyra­że­nia) powa­gi mówie­nia o cywi­li­za­cji śmier­ci niż do sta­nu okre­ślo­ne­go przez cie­bie jako cywi­li­za­cja śmie­ci? Lub ina­czej. Koła­kow­ski napi­sał kie­dyś, że – jako kry­ty­cy cywi­li­za­cji współ­cze­snej – ze zdzi­wie­niem i zaże­no­wa­niem kon­sta­tu­je­my, że zaczy­na­my mówić tro­chę podob­nie jak wyśmie­wa­ny przez nas ksiądz pro­boszcz. Gdy­byś tyl­ko iro­ni­zo­wał cywi­li­za­cję śmier­ci i odrzu­cał tę śmie­cio­wą, było­by pro­ściej i pew­nie jed­nak gorzej dla wier­sza. Ale ty kom­pli­ku­jesz.

 Papie­ski, papie­ski – to mi się bar­dzo podo­ba, dzię­ku­ję! Ale dla­cze­go „u dziew­cząt i mło­dych kobiet”? Prze­cież ban­dy­ci, mary­na­rze i Bec­kham to nie jest całość męskiej popu­la­cji. Skąd­inąd, na razie to jest rze­czy­wi­ście przy­pa­dłość głów­nie dość mło­dej kohor­ty wie­ko­wej, napraw­dę dziw­nie zacznie się robić, kie­dy damy i pano­wie, któ­rzy robią sobie tę krzyw­dę, zaczną się sta­rzeć. No, ale to na mar­gi­ne­sie. Jeśli zaś cho­dzi o cywi­li­za­cję i cywi­li­za­cję, nie chciał­bym tu jak­kol­wiek roz­plą­ty­wać węzeł­ka, któ­ry opi­su­jesz. (Moż­na by tu zresz­tą dodać parę innych splo­tów.) W koń­cu, prze­cież nie robię tego w wier­szu. Iro­nia, o któ­rej chy­ba mówi­my aż nad­to, bo w W wca­le nie jest domi­nu­ją­ca ani naj­waż­niej­sza, dzia­ła w taki spo­sób, że pro­du­ku­je prze­strzeń, w któ­rej poja­wia­ją się napię­cia – na przy­kład mię­dzy odmien­ny­mi czy sprzecz­ny­mi inter­pre­ta­cja­mi jakiejś kwe­stii. I z natu­ry rze­czy są to czę­sto napię­cia nie­usu­wal­ne. Może nie­po­rad­nie to tłu­ma­czę, ale tak to moim zda­niem wyglą­da.

Wró­cę jesz­cze na moment, jeśli pozwo­lisz, do słu­cha­nia. Tak więc wier­sze piszesz bar­dziej (bio­rą ci się bar­dziej) z ucha czy z tematów? Wiem, że to trud­no roz­róż­nial­ne, ale czy masz jakieś, hmm, częst­sze pierw­sze impul­sy? A pyta­nie, sądzę, tym bar­dziej zasad­ne, że two­je wier­sze świet­nie brzmią, co jest u cie­bie raczej trud­niej­sze do osią­gnię­cia, bo z regu­ły nie roz­pły­wasz się w wer­se­tach. I w spo­rym sen­sie przy oka­zji: jest w tomie osiem jed­no­wer­so­wych tek­stów. Posta­wił­bym to i owo, że przy­naj­mniej nie­któ­re wzię­ły się z brzmie­nia: 17. „Mazowszanka w szkle i ziem­nia­ki z cząbrem” – naj­pierw powtór­ka zbit­ki, potem ten wspa­nia­ły dźwięk; 32. „Nie bądź vege, zjedz kole­gę” – pur­non­sen­so­wy rym; 37. „Rzecz naj­waż­niej­sza to utrzy­mać skrzep” – per­se­we­ra­cja gło­sek ž i š. 42. „Karo­li­na przy­nio­sła cze­re­śnie i ser” – a o a – o a, potem ciąg jasne­go e. I – już tak­że poza dźwię­kiem – te jed­no­wer­so­we wier­sze powsta­ją od razu, czy może zosta­ją po skre­śle­niach więk­szych cało­ści?

 Cie­szę się, że ci to dobrze brzmi i się podo­ba. Od koń­ca: no więc to nie są ścin­ki, tyl­ko jed­no­wer­so­we całost­ki, wokół któ­rych mógł­bym budo­wać coś dłuż­sze­go, ale uzna­łem, że same sobie pora­dzą i – co waż­ne – wła­śnie w takiej posta­ci cie­ka­wie wpi­szą się w struk­tu­rę książ­ki. Ale two­je­mu pyta­niu „co waż­niej­sze” podo­łać nie umiem, bo „temat” i „brzmie­nie” są nie­ro­ze­rwal­ne. To zna­czy, na pew­no nie jest tak, że zakła­dam sobie, iż rąb­nę jakąś sze­lesz­czą­cą, na przy­kład, linij­kę i zaczy­nam się zasta­na­wiać, o czym to ma być. Raczej coś się ukła­da w gło­wie, a jak się ma skłon­ność do instru­men­ta­cji gło­sko­wych, to się ukła­da od razu wła­śnie tak. Zresz­tą, jeden kawa­łek jest z życia wzię­ty: o skrze­pie usły­sza­łem od pani den­tyst­ki po wyrwa­niu zęba. Mazow­szan­ka w szkle odsy­ła do cza­sów przed­pla­sti­ko­wych, w cza­sach co więk­szej bie­dy jada­łem też ziem­nia­ki z czą­brem, bo nic inne­go nie mia­łem, a czą­ber tra­fił się w jakiejś szu­fla­dzie. Co wię­cej, to weso­łe, powiedz­my, haseł­ko rekla­mo­we ma się może jakoś do cywi­li­za­cji śmieci/śmierci, a Karo­li­na pew­ne­go dnia, gdy pisa­łem tę książ­kę rze­czy­wi­ście przy­nio­sła cze­re­śnie i ser – to jest zresz­tą jeden z nie­licz­nych w tomie frag­men­tów „współ­cze­snych”, jeśli idzie o „aneg­do­tę”. Zaraz, chy­ba wycho­dzi na to, że jed­nak temat, cie­ka­we.

Nie­raz pisa­no o two­ich przy­wo­ła­niach lite­ra­tu­ry roman­tycz­nej. W W powta­rzasz słyn­ny finał Nor­wi­da – „Dalej, dalej” – tyle że doda­jesz pytaj­nik, no i ta końcówka jest w wier­szu kata­lo­gu­ją­cym napo­je wysko­ko­we. Bar­dziej intry­gu­je inny kryp­to­cy­tat, w wier­szu 27: „Mecha­ni­ka skry­śle­nia”. Autor Dzia­dów zarze­ka się, że opi­sa­ne wypad­ki „skry­ślił sumien­nie”; choć wia­do­mo, że spo­ro, choć­by w fak­to­gra­fii pozmie­niał… Nie, spo­koj­nie, nie będę pytał ani o sumien­ność, ani o refe­ren­cjal­ność, cho­dzi o coś inne­go. Koń­czysz tom sen­ten­cją, co się zowie: „Im dłu­żej piszę, tym mniej”. W paru zaś wier­szach poja­wia­ją się jak­by pla­ny na przy­szłość. Że coś zapi­szesz, ale też, parę stron dalej, że w sumie nie wiesz, czy zapi­szesz, a jesz­cze gdzie indziej, że cze­goś inne­go nikt nie zapi­sał. Co to jest? Znu­że­nie poezją, w tym wła­sną? („My weari­ness ama­zes me”, by zacy­to­wać przy oka­zji tego­rocz­ne­go nobli­stę.) Czy może zapo­wiedź prze­war­to­ścio­wa­nia wła­snej poety­ki, wła­snych sty­li­styk?

 Powia­ło gro­zą, nie­praw­daż? Ale to mic­kie­wi­czow­skie „kry­śle­nie” napraw­dę lubię, uży­łem go już kie­dyś, chy­ba w Far­szu? A ta „sen­ten­cja” koń­co­wa, myślę sobie po fak­cie, powin­na może nie koń­czyć się krop­ką i przez to otwie­rać pole dla róż­nych dopo­wie­dzeń. Znu­że­nie? Pew­nie masz rację. Coraz czę­ściej zda­je się, że się rzu­ca gro­chem o ścia­nę. Pisze się jed­nak dalej, nicze­go inne­go już dzi­siaj nie umiem. Z kolei, zapo­wie­dzi, o któ­rych wspo­mi­nasz, są może rze­czy­wi­ście zapo­wie­dzia­mi, nie­za­leż­nie od ich funk­cji czy­sto reto­rycz­nej w kon­kret­nych wier­szach. Prze­war­to­ścio­wa­nie? Nie, tak bym tego nie ujął. Może jest tak, że w tej książ­ce inte­re­su­je mnie „oca­le­nie od zapo­mnie­nia”, choć­by dla same­go sie­bie, osób, zda­rzeń, spraw. Pew­nie tak będzie i w książ­ce następ­nej. Dla mnie od zawsze aneg­do­ta była waż­na, czę­sto była punk­tem star­to­wym pisa­nia, ale zwy­kle te histo­rie były sil­nie skom­pre­so­wa­ne i bar­dzo prze­two­rzo­ne. Teraz poja­wia­ją się bar­dziej po boże­mu. To chy­ba wszyst­ko

O autorach i autorkach

Adam Poprawa

(ur. 1959) – filolog, krytyk literacki i muzyczny, edytor, pisarz. Wydał m.in. monografię Kultura i egzystencja w poezji Jarosława Marka Rymkiewicza (Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1999), zbiór szkiców Formy i afirmacje (Universitas, Kraków 2003), tomy prozatorskie Walce wolne, walce szybkie (WBPiCAK, Poznań 2009), Kobyłka apokalipsy (WBPiCAK, Poznań 2014), zbiór Szykista. Felietony po kulturze (WBPiCAK, Poznań 2020). Przetłumaczył Epifanie Jamesa Joyce’a (Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2016). Przygotował poprawioną (odcenzurowaną i uzupełnioną) edycję Pamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego (PIW, Warszawa 2014). Opracował poszerzone wydanie Języka poetyckiego Mirona Białoszewskiego (Ossolineum, Wrocław 2016) oraz tom Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej Stanisława Barańczaka (Ossolineum, Wrocław 2017). Jest felietonistą „Nowych Książek”.

Marcin Sendecki

Urodził się w 1967 roku w Gdańsku, dorastał w Tomaszowie Lubelskim, mieszka w Warszawie. Jest autorem ponad dwudziestu książek i arkuszy poetyckich, a także współautorem (z Andrzejem Sosnowskim i Bohdanem Zadurą) przekładu Trzech poematów Jamesa Schuylera (Biuro Literackie, 2012). Wspólnie z Marcinem Baranem i Marcinem Świetlickim zredagował dwa zbiory wierszy kryminalnych: Długie pożegnanie. Tribute to Raymond Chandler (Zebra, 1997) i Żegnaj, laleczko. Wiersze noir (EMG, 2010). Opublikował też antologię Pogoda ziemi. Wiersze polskie po 1918 roku (Eurograf, 2010). W ostatnich latach wydał napisany wspólnie z Marcinem Baranem poemat Koniec wakacji (wydawnictwo j, 2019), tom Do stu (WBPiCAK, 2020) oraz wybór wierszy Franciszka Karpińskiego Rdza żelazo zmocuje (PIW, 2021). Jest laureatem Silesiusa za tom Przedmiar robót (BL, 2014) oraz Nagrody „Odry” i Nagrody im. Wisławy Szymborskiej za tom W (BL, 2016). W roku 2022 otrzymał nagrodę Silesiusa za „całokształt twórczości”.

Powiązania