recenzje / ESEJE

Genetycznie sensualna fantazja Honeta

Marcin Sierszyński

Recenzja Marcina Sierszyńskiego z książki piąte królestwo Romana Honeta, która ukazała się na portalu wywrota.pl.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Wszel­kie recen­zje, szki­ce o tomi­ku pią­te kró­le­stwo, jakie mia­łem oka­zję czy­tać, są rów­nie poetyc­kie, nie­pew­ne i melan­cho­lij­ne, jak sama książ­ka. Minę­ło nie­mal pół roku od pre­mie­ry, a kry­ty­ka lite­rac­ka wciąż nie może sobie pora­dzić z Hone­tem.

Z wypie­ka­mi na twa­rzy czy­ta­łem tomi­ki Roma­na Hone­ta: od ali­cji do baw się. Nie wsty­dzę się do tego przy­zna­wać. Ten rodzaj poezji był dla mnie dru­gą, trze­cią, a nawet czwar­tą dro­gą wobec obo­wią­zu­ją­cych main­stre­amo­wych poetyk. Zauro­czy­łem się nie­skrę­po­wa­ną wyobraź­nią jej twór­cy, łama­niem lirycz­nych zasad, nawią­zy­wa­niem do moich ulu­bio­nych tra­dy­cji, a tak­że pew­ną ory­gi­nal­no­ścią i siłą per­cep­cji. Z tego też powo­du nie­uf­nie pod­cho­dzi­łem do wcze­snych roze­znań Karo­la Mali­szew­skie­go o auto­rze pój­dziesz synu do pie­kła, gdzie sta­wiał go „gdzieś mię­dzy Bono­wi­czem a Bie­drzyc­kim”, mówiąc o jego innych, pono­wo­cze­snych wier­szach reli­gij­nych1. Nie było dla mnie roz­sąd­ne szu­ka­nie kole­gów po pió­rze wśród jemu współ­cze­snych. Honet zawsze brzmiał jak głos zza gro­bu, tajem­ni­czych i nie­moż­li­wych do odkry­cia zaświa­tów.

Zde­cy­do­wa­nie to wła­śnie baw się i kil­ka innych wier­szy o rze­czach waż­nych jest naj­więk­szym osią­gnię­ciem poety­ki, któ­rą wypra­co­wał sobie poeta. Wizje, jakie spi­sał w tym tomie, nie są już zwy­kły­mi halu­cy­na­cja­mi, a kon­se­kwent­ną reali­za­cją – nazwij­my to – unie­sie­nia czy transu, któ­re­go efek­tom towa­rzy­szy czy­tel­nik. Nie moż­na rów­nież zarzu­cić nie­zro­zu­mia­ło­ści, któ­ra wyda­je się chy­bio­nym zarzu­tem, ponie­waż mgła­wi­ca meta­for, jaki­mi posłu­gu­je się autor, ma kon­kret­ny cel, opo­wia­da kon­kret­ne histo­rie. Przej­mu­ją­ce obra­zy, wyra­fi­no­wa­ne sytu­acje lirycz­ne, sil­na kre­acja figur poetycz­nych, sen­ne pro­jek­cje. Te bar­dzo ogól­ne spo­strze­że­nia o baw się niech sta­no­wią zachę­tę dla tych, któ­rzy jesz­cze nie mie­li oka­zji zagłę­bić się w lek­tu­rze.

Minę­ły dwa lata i dosta­łem do rąk pią­te kró­le­stwo. Ocze­ki­wa­nia wiel­kie. Pierw­sze sło­wa z tomu cha­rak­te­ry­stycz­ne, dobrze zna­ne. Ujmu­ją­ce. Prze­czy­tać całość było wiel­ką przy­jem­no­ścią, dru­gie czy­ta­nie rów­nież. Za trze­cim jed­nak jak­bym się ock­nął. Coś się wierz­ga­ło pod­czas lek­tu­ry, gdzieś gubi­ło sku­pie­nie, ude­rza­ją­ce fra­zy ucie­ka­ły w nicość (prócz nie­sły­cha­nej: „anioł / krze­wie­nia wia­ry i pede­ra­stii, islam boże­go naro­dze­nia, / islam – bestia z gór”); nie potra­fi­łem się odna­leźć. Mimo to nie pod­da­wa­łem się. Nie chcia­łem się zawieść. Ale muszę przed sobą przy­znać, że coś się dzie­je w kró­le­stwie Hone­ta. Może jesz­cze nie z fun­da­men­ta­mi, ale w nie­któ­rych pro­win­cjach wer­sy zaczy­na­ją się bun­to­wać.

Cze­go bra­ku­je nowej książ­ce? To źle i nie­spra­wie­dli­wie posta­wio­ne pyta­nie, więc zapro­po­nu­ję inne, bar­dziej uczci­we: cze­go ocze­ki­wa­łem po tych wier­szach, że nie speł­ni­ły moich ocze­ki­wań?

Szu­ka­jąc odpo­wie­dzi zaczą­łem porów­ny­wać poprzed­nie tomy z pią­tym kró­le­stwem. Prze­śle­dzi­łem raz jesz­cze ewo­lu­cję for­my i tre­ści aż do przed­ostat­niej, naj­lep­szej moim zda­niem, czę­ści twór­czo­ści auto­ra baw się. Ponow­nie zanu­rzy­łem się w histo­rii Ali­cji („ści­ska­ła moc­no pię­ści, / bo wszyst­kie cie­nie, nagle wyrwa­ne z ciem­no­ści, / wyty­ka­ły ją pal­ca­mi”2) i Jana („jan hodo­wał naj­star­sze / kobie­ty w sło­ikach”3), wpro­wa­dza­łem się do wnę­trza boga, śpie­wa­łem pieśń o powro­tach, cało­ści i czę­ściach, uczy­łem się o zaglą­da­niu do trum­ny. Miód, psz­czo­ły, mar­twe dzie­ci. Skon­fron­to­wa­nie nie­win­no­ści ze śmier­cią. Ude­rza­ją­ce. „Czy­ta­my wier­sze jak­by pęk­nię­te, roz­dar­te mię­dzy okru­cień­stwem a pięk­nem, nie­na­wi­ścią a wzru­sze­niem. I poja­wia się w któ­rymś momen­cie wra­że­nie, że prze­glą­da­my nie­ist­nie­ją­ce ilu­stra­cje Chi­ri­co do opo­wia­dań Ami­ci­sa (»sio­stry i bra­cia w ostrych wnę­trzach kul«), że awan­gar­do­wy sznyt spo­tkał się na sto­le ope­ra­cyj­nym z czy­stą łzą dziec­ka opła­ku­ją­ce­go czy­jąś śmierć w środ­ku lata, żegna­ją­ce­go pierw­szych w swym życiu zmar­łych.”4 – pisał swe­go cza­su Mali­szew­ski. Oto sed­no tych liry­ków.

Tym­cza­sem pią­te kró­le­stwo wca­le nie ucie­ka od wspo­mnia­nych topo­sów, wykre­owa­nych i sys­te­ma­tycz­nie wyko­rzy­sty­wa­nych przez Hone­ta. Pro­blem tkwi gdzie indziej: nie potra­fią one już uło­żyć z nich spój­nej histo­rii. To raczej zbiór napi­sa­nych ostat­nio poezji, nie nasta­wio­nych na żaden doraź­ny cel. Czy to zarzut? Skąd­że. Przy­zwy­cza­je­nie bie­rze górę i doszu­ki­wa­nie się roz­sze­rze­nia wcze­śniej­szych osią­gnięć zama­zu­je obraz. Może zamiast war­to­ścio­wa­nia, war­to było­by po pro­stu stwier­dzić, że jest ina­czej, a ta nie­try­wial­na cecha tyl­ko doda­je sma­ku lek­tu­rze. Jed­nak gdy ktoś chce powtór­ki z baw się, praw­do­po­dob­nie wyle­je tro­chę łez.

Tak­że w sfe­rze fan­ta­zji dzie­je się coś dziw­ne­go. Poeta osią­gnął w oma­wia­nym tomi­ku punkt kry­tycz­ny, któ­ry natych­miast prze­kro­czył. Coraz trud­niej zna­leźć w wier­szach spój­ność, czy cho­ciaż­by moment zacze­pie­nia przy­dat­ny w rozu­mo­wym odbio­rze tek­stu. Cza­sem od nie­zro­zu­mie­nia ratu­je jedy­nie popraw­ność gra­ma­tycz­na. Rzekł­bym: kry­tycz­ny sur­re­alizm, znaj­du­ją­cy się już poza jego gra­ni­ca­mi. Osła­wio­na „ośmie­lo­na wyobraź­nia” ponad zna­ną nam ima­gi­na­cją. Nawet, gdy Honet już zda­je się budo­wać wiersz wokół jakiejś osi, nagle gubi­my trop, poja­wia­ją się nowe wąt­ki, a sta­re odcho­dzą w zapo­mnie­nie, nie­do­po­wie­dze­nie, pozo­sta­wie­nie samym sobie.

nocą nad mia­stem prze­le­wa­ła się ryba
z cmen­tar­nym pale­ni­skiem w pysku

bóg rodzi się
w czyn­szo­wej kamie­ni­cy – wsu­wa­ją
mu na czo­ło latar­kę gór­ni­czą,
wrę­cza­ją kij i gra­bie

psy wyją
na zaśnie­żo­nych hał­dach elek­trow­ni,
stróż pod­no­si gazrur­kę, leżą­cą w krze­wach
jak igła w oszro­nio­nej ope­rze – ta fan­fa­ra

dla nocy i zło­te­go mro­zu
lub pieśń o wdow­cu
i butach w domu pogrze­bo­wym – kupił je wczo­raj

spodo­ba­ły się:
poże­gna­ła go uśmiech­nię­ta

(„wdo­wiec i zło­ty mróz”, s. 29)

Nagro­ma­dze­nie sym­bo­li, porów­nań i innych środ­ków poetyc­kich dez­orien­tu­je bar­dziej, niż w poprzed­nich tomach. Czy to nie jest wła­śnie tym, czym zaskar­bił sobie życz­li­wość kry­ty­ki i publi­ki? Wła­śnie tak. Tyle, że tym razem dopro­wa­dza do wybu­chu wier­szy od wewnątrz, kon­fu­zji i zmę­cze­nia mate­rią. Da się z tego wypro­wa­dzić inter­pre­ta­cję, ale przy znacz­nie więk­szej życz­li­wo­ści, niż cho­ciaż­by w ser­cu. I nie będzie się pew­nym, że jest wła­ści­wa, albo przy­naj­mniej praw­do­po­dob­na. Pojem­ność seman­tycz­na jest przy­tła­cza­ją­ca.

Nie zna­czy to jed­nak, że każ­dy tekst pią­te­go kró­le­stwa spra­wia wra­że­nie nie­upo­rząd­ko­wa­ne­go. Są i tak pięk­ne, w „sta­rym” sty­lu wier­sze, jak „czło­wiek, któ­ry wędro­wał przez węża”, „wyznaw­cy”, „msza ladziń­skie­go” czy „funk­cjo­na­riu­sze”. W nich roz­po­zna­je się tego poetę, któ­ry przy­zwy­cza­ił nas do sie­bie, swo­jej fan­ta­zji. A sko­ro o niej już mowa, to posłu­żę się cyta­tem: „Fan­ta­zja nader czę­sto posłu­gu­je się języ­kiem kon­kre­tu, jej two­ry uda­ją spo­sób ist­nie­nia przed­mio­tów zmy­sło­wych. Nic dziw­ne­go, wią­że się ona bowiem źró­dło­wo z uzmy­sło­wie­niem; jest gene­tycz­nie sen­su­al­na.”5 Gene­tycz­nie sen­su­al­na. Czy to nie brzmi jak defi­ni­cja poezji Hone­ta? To fakt, że posłu­gu­je się on języ­kiem kon­kre­tu do two­rze­nia obra­zu; nie ma tu nic z dys­kur­syw­no­ści. Potę­ga tych wier­szy zasa­dza się wła­śnie na umie­jęt­nej kre­acji świa­ta wyobra­że­nio­we­go, świa­ta z któ­rym ma się stycz­ność, a któ­ry fil­tro­wa­ny jest przez fan­ta­zma­ty kre­ato­ra. Tego auto­ro­wi nie moż­na odjąć.

Naj­wy­raź­niej nie tyl­ko ja mam kło­po­ty z tą publi­ka­cją. Wszel­kie recen­zje, szki­ce o tym tomi­ku, jakie mia­łem oka­zję czy­tać, są rów­nie poetyc­kie, nie­pew­ne i melan­cho­lij­ne, jak sama książ­ka. Minę­ło nie­mal pół roku od pre­mie­ry, a kry­ty­ka lite­rac­ka wciąż nie może sobie pora­dzić z Hone­tem. Pamię­tam wspa­nia­ły szkic Prze­my­sła­wa Owczar­ka „Honet-dziec­ko i dzie­ci Hone­ta” w Arte­riach (nr 4, lipiec 2009). Tym­cza­sem naj­now­sza książ­ka poety nie docze­ka­ła się tak wni­kli­wej ana­li­zy. Co praw­da uka­za­ło się kil­ka recen­zji, dłuż­szych i krót­szych, pobież­nych i mniej powierz­chow­nych, pisa­nych tak przez zawo­do­wych kry­ty­ków, jak i „szla­chet­nych ama­to­rów”; mimo to pozo­sta­je nie­do­syt. Jak to się sta­ło, że jeden z naj­bar­dziej ory­gi­nal­nych poetów w Pol­sce nie docze­kał się jesz­cze głę­bo­kie­go wglą­du w swo­ją naj­now­szą książ­kę?

Widocz­nie musi minąć jesz­cze tro­chę cza­su. Na razie trze­ba zado­wo­lić się nie­pew­no­ścią Pio­tra Śli­wiń­skie­go, któ­ry na stro­nie Biu­ra Lite­rac­kie­go opo­wia­da o pią­tym kró­le­stwie, uży­wa­jąc zna­mien­nych słów: „Nie wiem. Nie śmiem przy­pusz­czać”, „powie­dział­bym, bar­dzo ostroż­nie (…)”6. Tar­cza ochron­na, jaką sto­su­je w ten spo­sób jeden z moich ulu­bio­nych pro­fe­so­rów, daje wie­le do myśle­nia. Otóż oka­zu­je się, że być może nie powin­ni­śmy odbie­rać tej poezji w spo­sób inte­lek­tu­al­ny, w peł­ni świa­do­my, doszu­ku­jąc się tro­pów (te cią­gle się gubią) i usta­la­jąc zna­cze­nia (nie­pew­ne), a przy­zna­jąc się do bez­rad­no­ści daje­my sobie ulgę, któ­ra pozwa­la na odpo­wied­nie przy­ję­cie gene­tycz­nie sen­su­al­nej twór­czo­ści. To tyl­ko jed­na z moż­li­wo­ści recep­cji; resz­ta cze­ka na odkry­cie i omó­wie­nie.


Recen­zja uka­za­ła się na por­ta­lu wywrota.pl. Dzię­ku­je­my Auto­ro­wi za wyra­że­nie zgo­dy na prze­druk.


1 K. Mali­szew­ski, Zwie­rzę na J, Wro­cław 2001, s. 207.
2 R. Honet, ali­cja [w:] idem, moja, Wro­cław 2008, s. 21.
3 ibi­dem, s. 69.
4 K. Mali­szew­ski, Roz­pro­szo­ne gło­sy, War­sza­wa 2006, s. 254.
5 K. Stęp­nik, Filo­zo­fia meta­fo­ry, Lublin 1988, s. 153.
6 P. Śli­wiń­ski, pią­te kró­le­stwo – pięć uwag

O autorze

Marcin Sierszyński

Urodzony w 1990 roku w Legnicy. Poeta, recenzent literacki. Redaktor prowadzący Wywrota.pl, aktywista wrocławskiego Klubu Krytyki Politycznej. Mieszka we Wrocławiu.

Powiązania