recenzje / ESEJE

Kosmonauci Grzegorza Wróblewskiego

Przemysław Koniuszy

Recenzja Przemysława Koniuszego z książki Grzegorza Wróblewskiego Kosmonauci, która ukazała się na stronie Biblioteka Młodego Człowieka.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Róż­ne są rodza­je poezji. Jed­na zachwy­ca od razu, choć nie do koń­ca wia­do­mo czym. Inna zmu­sza do zasta­no­wie­nia i sta­je się bliż­sza dopie­ro po uświa­do­mie­niu sobie racjo­nal­no­ści zawar­tych w niej idei. Jed­nak jest rów­nież i taka, któ­ra nie prze­ma­wia wca­le, co nie ozna­cza, rzecz jasna, że jest poezją złą tyl­ko dla­te­go, że dany czy­tel­nik nie zdo­łał się z nią utoż­sa­mić. I w tym wszyst­kim, na pogra­ni­czu tego i wie­lu innych podzia­łów, poja­wia się twór­czość Grze­go­rza Wró­blew­skie­go – poety, któ­ry w moim prze­ko­na­niu wraz z publi­ko­wa­niem kolej­nych ksią­żek coraz bar­dziej zbli­ża się do obję­cia sta­no­wi­ska arty­sty osob­ne­go, kreu­ją­ce­go swój głos poza wszel­ki­mi dys­kur­sa­mi i przede wszyst­kim dale­kie­go od pisa­nia po to, by zaspo­ko­ić głód aplau­zu. Wyda­je się, że dla nie­go naj­istot­niej­sze jest speł­nia­nie się w poezji, mówie­nie w niej o rze­czach istot­nych we wspól­nym nam świe­cie oraz stwa­rza­nie rze­czy­wi­sto­ści na tyle alter­na­tyw­nej, aby w ramach dopro­wa­dza­nia w niej zja­wisk cha­rak­te­ry­stycz­nych dla nowo­cze­sno­ści do „eks­tre­mum”, dostrzec ini­cju­ją­cy pro­ce­sy destruk­cyj­ne pier­wia­stek zła i sta­rać się go wyru­go­wać. Wobec tego w Kosmo­nau­tach naj­wy­ra­zi­ściej mówi się o zja­wi­sku zaprze­sta­nia w XXI wie­ku roz­gra­ni­cza­nia świa­ta na dwie sfe­ry: zwie­rzę­cą i ludz­ką. Zda­niem Grze­go­rza Wró­blew­skie­go naj­więk­szą poraż­ką czło­wie­czeń­stwa jest już daw­no bez­pow­rot­nie zatra­co­ny sza­cu­nek do natu­ry, któ­ra upa­da teraz w cie­niu nasze­go pseu­do-dobro­by­tu i, jak wszyst­ko na to wska­zu­je, nigdy nie będzie jej dane na trwa­łe się odro­dzić. Pod­mio­ty tych wier­szy – mówiąc o sła­bo­ści, zasko­cze­niu i poczu­ciu osa­mot­nie­nia – są zroz­pa­czo­ne fak­tem, że nasza cywi­li­za­cja przez tyle wie­ków nie zdo­ła­ła wypra­co­wać jakich­kol­wiek zamien­ni­ków dla warian­tu egzy­sten­cji, któ­ry dziś urze­czy­wist­nił się jako naj­sku­tecz­niej­szy i jedy­ny moż­li­wy. Dla­te­go w swej isto­cie głów­ną ideą tomu Kosmo­nau­ci jest to, że tak napraw­dę powo­ła­ny nie­gdyś do ist­nie­nia mecha­nizm nasze­go roz­wo­ju nigdy „nie ruszył się z miej­sca”, gdyż już u samych pod­staw jego funk­cjo­no­wa­nia tkwi­ła oso­bli­wa zapo­wiedź śmier­ci wszyst­kie­go, co za spra­wą tego narzę­dzia zaist­nie­je, nawet bez wzglę­du na este­tyzm. Stąd życie jest tutaj kre­owa­ne na coś, czym bez zastrze­żeń moż­na się cie­szyć wyłącz­nie wte­dy, gdy jest się mło­dym i dopie­ro uzmy­sła­wia się sobie te pra­wi­dło­wo­ści. Potem, jak już sta­nie się nie­od­wra­cal­ne i pod­świa­do­mość ujmie w swe ramy wszel­kie nie­od­wra­cal­ne rela­cje cza­so­prze­strzen­ne, przy­cho­dzi pora na roz­pacz, cier­pie­nie i cho­ro­bli­we poszu­ki­wa­nie miło­ści, któ­ra być może nigdy nie będzie na tyle sil­na, by prze­sło­nić swą wie­lo­płasz­czy­zno­wo­ścią eska­la­cję deka­den­ty­zmu i melan­cho­lii. Dla­te­go tom Kosmo­nau­ci ma na celu zaini­cjo­wa­nie pro­ce­su „samo­okre­śla­nia”, bowiem sty­ka­jąc się z upad­kiem cze­goś i kul­ty­wu­jąc utra­tę, trze­ba a prio­ri wie­dzieć, co tak napraw­dę odcho­dzi w nicość nie pozo­sta­wia­jąc po sobie żad­nych alter­na­tyw dla potom­no­ści. Oprócz tego Grze­gorz Wró­blew­ski pozo­sta­je otwar­ty na chwi­lę obec­ną, choć w takich chwi­lach jest to tyl­ko wyci­nek teraź­niej­szo­ści, co ujaw­nia nie­zwy­kle inte­re­su­ją­cą cechę jego poety­ki, któ­ra we wszyst­kich swych wymia­rach jest deter­mi­no­wa­na przez zasa­dę pars pro toto. Wszyst­ko to pro­wa­dzi do tego, że uświa­da­mia­my sobie, że jest to taki arty­sta, któ­ry nie potrze­bu­je kre­ować swej twór­czo­ści na ogól­ny ogląd pro­ble­mów ota­cza­ją­ce­go go świa­ta, gdyż wystar­czy mu dro­biazg, by wypo­wie­dzieć się o cało­ści. I nie jest to kla­sycz­ny przy­kład synek­do­chy – u Grze­go­rza Wró­blew­skie­go, wobec jego mini­ma­li­zmu i lapi­dar­no­ści, jaki­kol­wiek zabieg od razu prze­ra­dza się w sze­ro­ko zakro­jo­ny mani­fest arty­stycz­ny, dla­te­go tak czę­sto spie­ra się tutaj ze sobą wyjąt­ko­wość ze zwy­czaj­no­ścią, uczu­cia z gło­sem rozu­mu, zaś nad tym wszyst­kim góru­je pro­blem nie­przy­sto­so­wa­nia narzę­dzi poznaw­czych czło­wie­ka do zmie­rze­nia się z coraz to bar­dziej natręt­ny­mi nie­wia­do­my­mi, wokół któ­rych na próż­no szu­kać jakich­kol­wiek ele­men­tów pro­wa­dzą­cych do roz­wią­za­nia zagad­ki ist­nie­nia. Wzglę­dem tego zawsze w tych wier­szach sytu­owa­ny jest czas, jako jedy­ny punkt odnie­sie­nia, któ­ry w swej efe­me­rycz­no­ści łączy moż­li­wość przed­sta­wie­nia go jako spraw­cy wszel­kich nie­szczęść i funk­cjo­no­wa­nie tak­że tam, gdzie aktu­al­nie przy­go­to­wy­wa­ne jest ide­al­ne śro­do­wi­sko dla destruk­cji, jak nowe wszech­świa­ty. Stąd Kosmo­nau­ci to tom o prze­kra­cza­niu wła­snych ogra­ni­czeń w arty­ku­ło­wa­niu poglą­dów na temat ist­nie­nia zna­nej nam rze­czy­wi­sto­ści jako „pie­kła na zie­mi”, w któ­rym na porząd­ku dzien­nym jest bez­rad­ny śmiech przez łzy, czar­ny humor, odkry­cie nadziei w śmier­ci, nie­kon­tro­lo­wa­ne krzy­żo­wa­nie się ze sobą wszel­kich moż­li­wych dys­kur­sów i uświa­da­mia­nie sobie oczy­wi­sto­ści, któ­re na każ­dym kro­ku roz­mi­ja­ją się z inte­lek­tu­al­ny­mi pod­sta­wa­mi życia. Tym samym od uzmy­sło­wie­nia sobie absur­dal­no­ści kla­sy­fi­ko­wa­nia poezji wzglę­dem jej odpo­wia­da­nia zako­rze­nio­nym nie­gdyś w umy­śle para­dyg­ma­tom prze­szli­śmy do kwe­stii poezji jako tego medium, w któ­rym każ­dy czło­wiek może bez­po­śred­nio zetknąć się z wyobra­że­nia­mi inne­go, co już samo w sobie jest nie­zwy­kle fra­pu­ją­cą moż­li­wo­ścią obco­wa­nia z myśla­mi kogoś, kto wie, że zro­zu­mie­nie par excel­len­ce nie jest moż­li­we przez wzgląd na nie­przy­sta­wal­ność do świa­ta pojęć wypra­co­wa­nych przez cywi­li­za­cję. Wszyst­ko to pro­wa­dzi do wnio­sku, że Grze­gorz Wró­blew­ski jest poetą nie­co kon­tro­wer­syj­nym i dla­te­go bar­dzo inte­re­su­ją­cym, bo z jego twór­czo­ścią trze­ba umieć się zaprzy­jaź­nić, a ewen­tu­al­ne odrzu­ce­nie jest kuszą­co łatwe.


Tekst uka­zał się na stro­nie Biblio­te­ka Mło­de­go Czło­wie­ka. Dzię­ku­je­my auto­ro­wi za wyra­że­nie zgo­dy na prze­druk.

O autorze

Przemysław Koniuszy

Krytyk literacki. Publikuje w czasopismach i na stronie szelestkartek.pl.

Powiązania