Pani Ani, wiecznaja pamiat
Kiedy w gronie redakcji Biura Literackiego zdecydowaliśmy o wydaniu debiutu poetyckiego Katarzyny Szwedy, pomyślałam o osobie, której najbardziej będę chciała gotową Bosorkę pokazać. Już cieszyłam się na przyszłoroczne lato, kiedy przyjadę do Zamienic – zaszytej w lesie wioski koło Chojnowa, gdzie razem z rodziną spędzamy wakacje – i zaraz pierwszego czy drugiego dnia odwiedzę mieszkającą obok naszego kempingu Panią Anię, żeby odwdzięczyć się jej tym książkowym podarunkiem za otrzymywane od niej ciasta, warzywa z ogródka, opowieści i wreszcie – za łemkowskie broszury, które nam każdego roku przynosiła. Czułam, że dla tej serdecznej, mądrej, skromnej starszej kobiety, której rodzina trafiła na Dolny Śląsk wraz z innymi Łemkami wysiedlonymi z ich pierwotnej ziemi, tomik Katarzyny Szwedy będzie niezwykłym przeżyciem. Nie wiedziałam, że w czasie, gdy decydowaliśmy w Biurze o wydaniu Bosorki, Panią Anię dotknęło wieczyste wysiedlenie „na pomirki” – kilka dni po usłyszeniu diagnozy zmarła na raka.
Mam nadzieję, że zarówno Katarzyna Szweda, jak i czytelnicy niniejszego tekstu wybaczą mi ten osobisty wstęp. Pozwoliłam sobie na taki ton, ponieważ również Bosorka – z którą mocno się zżyłam, przyglądając się jej powstawaniu od kilku lat: najpierw w ramach projektu Połów, później podczas spotkań w Pracowni pierwszej książki – jest tomem niezwykle osobistym, a zarazem osobnym, tworzonym na marginesie pokoleniowych sporów, nurtów czy mód. To książka chwytająca echa i powidoki rodzinnej opowieści, która wpisuje się w szerszą – bolesną, pełną luk oraz przemilczeń – historię łemkowskiej ojczyzny i obczyzny: „tej” i „tamtej” ziemi, zamieszkiwanej, odbieranej, wreszcie odzyskiwanej: przez pamięć, fotografię, wiersz.
Wygnanie (historia)
Łemkowie (zwani też Rusinami czy Rusnakami) zostali po drugiej wojnie światowej dotknięci podwójnym wysiedleniem. Pierwsze – to brutalnie realne – polegało na przymusowej deportacji Ukraińców, ale też Bojków, Dolinian i właśnie Łemków z południowo-wschodniego pogranicza Polski do ZSRR i na Ziemie Zachodnie w latach 1945–1947. Drugie wysiedlenie – to symboliczne, choć nie mniej dotkliwe – było wygnaniem całej grupy etnicznej z polskiej świadomości i pamięci. Łemkowie – należący do narodu rusińskiego (karpatoruskiego) i zamieszkujący obszary Beskidu Niskiego, zachodniej części Bieszczadów i wschodnich krańców Beskidu Sądeckiego – padli ofiarą akcji „Wisła”, której bezpośrednim celem było odcięcie oddziałów UPA od pomocy ludności cywilnej na obszarach pogranicza. To ironia historii, ponieważ Łemkowie wcale ukraińskich nacjonalistów nie wspierali, przeciwnie – zawsze podkreślali swoją odrębność zarówno od Ukraińców, jak i Polaków.
Proces wysiedlania Łemków ze świadomości trwał dalej po ich masowej deportacji na Ziemie Zachodnie. Wiązało się to z drugim celem akcji „Wisła”, jakim była pełna asymilacja ludności niepolskiej, a co za tym idzie – stworzenie z PRL‑u państwa jednolitego etnicznie. Łemkowie w obczyźnie, którą otrzymali w zamian za utraconą ojczyznę, byli przez polskich sąsiadów błędnie utożsamiani z Ukraińcami i piętnowani, zgodnie z propagandą władzy, jako wrodzy nacjonaliści. Rozproszono ich po oddalonych osadach, aby trudniej im było się zrzeszać, zakazano im jakiejkolwiek działalności narodowej, religijnej i społecznej. Aż do lat osiemdziesiątych (kiedy odbyły się pierwsze Łemkowskie Watry) i dziewięćdziesiątych (gdy zaczęły powstawać legalne organizacje tej mniejszości etnicznej) Łemkowie zostali zupełnie „wyczyszczeni” z mapy i historii Polski.
W roku 2017 – tym samym, w którym (28 kwietnia) grono polskich intelektualistów potępiło akcję „Wisła”, nazywając ją otwarcie „czystką etniczną” – Katarzyna Szweda ze swoim zestawem wierszy „Pogranicza” wzięła udział w projekcie Połów Biura Literackiego. W 2018 roku zestaw ten znalazł się w almanachu Połów. Poetyckie debiuty 2017, a poetka zaczęła odwiedzać Beskid Niski z aparatem fotograficznym – w ten sposób do historii ocalonych w wierszach dołączyły jej poruszające zdjęcia z pogranicza. W roku tym, a także w dwóch kolejnych, spotykałyśmy się z autorką w Pracowni pierwszej książki, gdzie Bosorkadojrzewała do odezwania się pełnym głosem poetyckim. W trakcie jednego z warsztatowych spotkań we wrześniu 2020 zapytałam Kasię, podobnie jak innych uczestników i uczestniczki – dlaczego warto wydać akurat jej debiut. Autorka odpowiedziała szczerze, że ważne są różne względy, ale najbardziej chciałaby udowodnić swojemu tacie, że się myli, gdy twierdzi, że historia Łemków nikogo dzisiaj nie zainteresuje i nikt nie opublikuje tomu poezji na ten temat. Oto i cała historia Bosorki. Oto jej początek.
Urzeczenie (opowieść)
Książka Katarzyny Szwedy opiera się na trzech wspornikach – tekstach objętościowo najmniejszych, ale o znaczeniu fundamentalnym. W każdym z nich przywołane jest imię Wasyla, które pojawia się także w dedykacji wiersza „cichcem”: „pamięci dziadka Wasyla Telepa”. Istotna jest gra z polską wersją imienia Wasyl – w utworze „bazyli” dowiadujemy się, że „wasyl reaguje już tylko na bazyli”, natomiast w II części tryptyku fraza ta zostaje odwrócona: „mówisz wasyl już nie reaguje na bazyli”. W tym prostym zabiegu podmiany imion poetka odwzorowuje los bohatera, który zostaje wykorzeniony nie tylko z ojczystej ziemi, ale też z łemkowskiej wersji własnego imienia. Czy Bazyli odzyskuje w końcu utraconą ziemię tak, jak odzyskuje imię Wasyl (powraca na pogranicze?), czy może imię to zostaje mu zwrócone dopiero w momencie śmierci (co sugeruje lamentacyjna część tomu, a także zamykający go tekst, będący zarazem ostatnim „wspornikiem” tryptyku: „mówisz wasyl mówisz zimny jak skurwisyn”)? Tego nie wiemy i wiedzieć nie musimy. Ważniejsze jest to, że poprzez przywołanie w strategicznych miejscach książki imienia Wasyla/Bazylego poetka ustala wyraźną strukturę nadawczą – podmiotem mówiącym wBosorce jest mężczyzna, i to mężczyzna bardzo konkretny, nawet jeśli jego historia plącze się z opowieściami innych osób, a prywatna perspektywa załamuje się w wielogłosowych, często anonimowych perseweracjach.
Sam zresztą głos podmiotu mówiącego nigdy nie jest czysty – zawsze dociera do nas zmącony różnymi tonami, z odmiennych czasoprzestrzeni. Zdyszany szept chłopca przed mutacją, który urzeczony podgląda „stare nagie praczki w potokach w nieznajowej”, przechodzi w chrapliwy bełkot nad „kropką” (czyli wódką z eterem). Jednak i ten trzewiowy pijacki krzyk zostaje zdławiony, bo „prawdziwi mężczyźni” nie powinni płakać ani mówić o traumie (na przykład o wysiedleniu). Wreszcie przez gderanie starego Wasyla przedziera się jego pogłos z zaświatów, kiedy przez jakiś czas powraca po śmierci i pilnuje, „żeby lis nie wybierał jajek z kurnika”.
Frazy zasłyszane zapewne przez autorkę w rodzinnym domu zostały przez nią „zsamplowane” z treściami, które nigdy nie miały być wypowiedziane, które się wypierało, zdławiało, sczyszczało w suczych rzekach, zakopywało w cudzej ziemi, zalewało księżycówką. Patrzę na Bosorkę jak na rodzaj łemkowskiego palimpsestu – także w znaczeniu alkoholowego zaniku pamięci nazywanego „palimpsestem” (na co zdaje się cierpieć kilkoro bohaterów tomu), ale bez konotacji, jakie nadał temu pojęciu postmodernizm. W palimpseście Katarzyny Szwedy fundamentalne prawo ojców („nie będziesz brał/ cudzej ziemi za własną nie będziesz miał/ innego domu poza tamtym jednym”) zostało częściowo zamazane na skutek kaprysu historii, a potem było koślawo nadpisywane przez synów-wysiedleńców – tych, co „leżeli w potokach żeby się oczyścić z pamięci”, tych, którzy wzięli na siebie dziedzictwo wydziedziczenia („takie bajki opowiadali dzieciom przed snem/ żeby rano gdy otworzą oczy/ nigdy nie były na swoim”), tych składanych w największej ofierze –„ofierze z pustych chyży”.
Kiedy w 2019 roku w Pracowni pierwszej książki rozmawialiśmy o tym, co łączy projekty debiutanckich tomów, uderzyło nas, jak wiele z nich jest zanurzonych w żywiole wodnym, fascynuje się płynnością (na przykład w kontekście tożsamości kobiet, jak u Marii Halber), wypływa z jednego z głównych źródeł wyobraźni ekopoetyckiej. Wśród przywoływanych „wodno-leśnych” tomów była też Bosorka, ale pamiętam, że już wtedy podkreślaliśmy – a teraz tylko to powtórzę – odmienność akwatycznego imaginarium Katarzyny Szwedy. Wskazywaliśmy na niebezpieczeństwo łatwego wpisania jej książki w nurt wyznaczony tomami Joanny Lech, Małgorzaty Lebdy czy Urszuli Honek (co spotkało choćby książkę innej laureatki Połowu – Pauliny Pidzik), a jednak znajdowaliśmy w Bosorce solidne progi (porohy?) zabezpieczające przed takim wartkim, acz bezrefleksyjnym odczytaniem.
Moim zdaniem tym, co zdecydowanie odróżnia debiut Szwedy od książek, które Jakub Skurtys nazwał „poezją somatyczno-chtoniczną” (z rekwizytorium ograniczonym do uniwersalnych obrazów: lasu, rzeki, ziemi, roślin, rany, sarny), jest silne zakorzenienie Bosorki w konkretnej łemkowskiej – i rodzinnej – historii (o czym wyżej). Jej lasy nigdy nie są anonimowymi gęstwinami, tylko konkretnymi beskidzkimi azylami, w których przodkowie poetki ukrywali się przed deportacją („ludzie w lasach jeszcze długo wyli a już ciemno było”). Jej ziemia nosi imię przekorne wobec historii – nigdy nie jest ziemią odzyskaną, zawsze utraconą. Wreszcie rzeki Szwedy nie są „po prostu” rzekami, lecz mają konkretne nazwy geograficzne, nawet wtedy, gdy są zarazem strumieniami krwi pulsującymi w żyłach bohatera opowieści, jak w wierszu „potoki” (cytuję w całości):
świerzówka pękła w nim najpierw
potem zimna woda wilsznia i zawoja
ryszówka ryjak krempna i hucianka
wiły się w jego ciele jak zaskrońce
duszne i schnące potoki żył
ktoś kiedyś nadał im początek puścił się z prądem
przyczajone w mięsie cierpliwie czekały do końca
wysychały wolno niby nieprzydatne
do odkrywania rzeczy
zapominania ich potem dokładnie
mały wisłok duży wisłok
jak krwiobiegi
zimne
mętne
pulsujące
Przywołując nazwy beskidzkich rzek, tak jak w innych wierszach imię Wasyla-nie-Bazylego, Katarzyna Szweda odwraca proces zapominania, na który zostali skazani łemkowscy wysiedleńcy. Nazwanie – to odwrotność wymazania. Tych odwróceń jest w Bosorce sporo – mnożą się tam natrętne perseweracje (przypominające te z poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, którego rodzinna historia jest bliska opisanej przez Szwedę), refreny powracają w kadrowanych na nowo kontekstach, a frazy są czytane od końca przez kogoś, kto ma „nie po kolei” w głowie – i czasem brzmią jak modlitewna mantra, kiedy indziej jak ojcowskie przykazanie, wreszcie jak pijacki bełkot nad braną „na kreskę” kropką.
W dwóch wierszach tomu ów mechanizm odwrócenia zostaje opisany wprost. W puencie „snu o domu” dokonuje się cofnięcie filmu:
potem pory roku stawały się na odwrót
smętne twarze ludzi wypleniały obłęd
cofały się leniwie odwracalne skutki
letnich popołudni
Z kolei w „wisłoce” następuje zupełne „wynaturzenie” – słowo poetyckie zawraca bieg rzeki i oto Wisła wpływa do Wisłoki, a nie odwrotnie. Jednak nie tylko o woltę natury chodzi autorce – jej gest urzekającego wynaturzenia dotyka także historii. Wisła Szwedy nigdy nie jest przecież „po prostu” Wisłą – ale zawsze częścią akcji „Wisła”, której bolesne skutki mają się teraz cofnąć:
tamtego lata wszystko śniło nam się na odwrót
stamtąd przywieźli nas tutaj wisła wpływała do wisłoki
przywlokła niechciane resztki miast
I cofną się – nawet jeśli to t y l k o alkoholowa wylewność po księżycówce. Nawet jeśli to t y l k o sen. Nawet jeśli to t y l k o wiersz. (Nazwa Łemków powstała od używanego przez nich – w odróżnieniu od innych Rusinów – słowa „łem”, czyli „t y l k o”, wiesz?)
Oczar (mary)
Kilka wierszy w Bosorce to zapisy urzeczenia – chłopcy „moczą się”, gdy podglądają stare kobiety piorące „szmatia wiotkimi piersiami”, chłopcy przeżywają nad „rzekami suk” swoje chwile „najbardziej intymne” (tam „ciała nagich kobiet wiotkie jak czeremcha/ kręte jak świerzówka podmyta wisłoką/ pozbawione puchu łasiły się do nas”), to chłopcy wreszcie – na przykład w „oczepinach” – przekraczają granicę, za którą urzeczenie staje się przemocą:
chłopcy ze wsi wyciągali je za włosy z pobliskich mokradeł
nie miały jeszcze twarzy dziewic nie miały już żadnych innych
ich wnętrza pachniały mułem wodorostów i cieni
te które stawiały opór wyciągali po zmroku
bardziej podatne na suchy dotyk
dotykali od środka aż po same brzegi
Tom Katarzyny Szwedy, choć prowadzony głównie z perspektywy męskiej, jest mocnym głosem w sprawie kobiet. Autorka pokazuje, jak przemoc systemowa, w skali makro – w tym wypadku wymierzona przeciw łemkowskiej grupie etnicznej – przekłada się na akty mikroagresji, codzienne krzywdy wyrządzane sobie nawzajem przez jednostki. Mężczyźni, wysiedleni z ojcowizn, klecący z przemilczeń i bełkotów swoje knajpiane palimpsesty, odreagowują własne traumy, wymierzając ciosy najbliższym osobom. Nie przez przypadek Bosorka zaczyna się od wspomnienia (wiersza „wasyl”): „pamiętam jak rozbił rondlem głowę babci”, a kończy przekleństwem („zimny jak skurwisyn”) – i obie te frazy, jak się domyślam, padają z ust kobiety właśnie (zwykle milczącej), nie mężczyzny.
Poetka, choć opisuje przemoc wobec kobiet, nie wpada w koleiny narracji lamentacyjno-ofiarniczej. Jej bohaterki najczęściej milczą (dlatego rzadko zyskują status podmiotek mówiących), ale jest to milczenie gniewne i wymowne, wręcz groźne. Piszę ten tekst w kolejnym dniu strajku kobiet w Polsce i czuję, że tytułowa Bosorka – czyli po łemkowsku „czarownica” – dołącza do tego nabrzmiewającego protestu także swój głos, głos wnuczki „tych, którym nie udało wam się spalić” (albo spławić). I kiedy czytam jeden z dowcipniejszych (sic!) transparentów strajkowych – „Módlcie się, żeby nam się okresy nie zsynchronizowały” – to myślę, że prócz dowcipu jest w tej frazie jawna groźba kobiet doprowadzonych do ostateczności. Groźba synchronizujących się okresów (owszem, panowie ministrowie nauki i kultury, to jest temat współczesnej poezji!) pobrzmiewa też w tytułowym wierszu tomu Szwedy:
o zmroku wszystkie wyłaziły na brzeg
raz w miesiącu ściekało im po łydkach
miało to podobno coś wspólnego z fazami
barwiły wisłokę na czerwono
miało to podobno coś wspólnego z jej nagłym odpływem
odpływała w butach przypływała boso
miało to podobno coś wspólnego z jej nagłym przypływem
wzbierała najbardziej w pobliskich potokach
o zmroku wszystkim nam się zdarzało
Powtórzę tę formułę: „o zmroku wszystkim nam się zdarzało”. Dziedzictwo czy raczej siostrzeństwo krwi – miesięcznej, ale też tej wylanej przez nasze prababki-wiedźmy, i tej wyciekającej z „ciał świętych kurew”, i tej, którą znakują odebraną ziemię „dusze starych praczek”, „dike baby”, „mamuny”, „bohyny”, „prespanki/ kopyłki/ stare panny” – zostaje zawarte poprzez wspólne zanurzenie w potokach. I mam tu na myśli zarówno potoki realne, beskidzkie, przywoływane przez autorkę po imieniu, jak i te nie mniej realne – ludzkie potoki przepływające na przełomie października i listopada 2020 roku przez ulice polskich miast.
Kiedy w 2019 roku rozmawiałam z Katarzyną Szwedą o latynoamerykańskich inspiracjach jej poezji (widocznych w takich wierszach, jak „guajira”, „guacamayo” czy „llorona”), poleciłam autorce prozę argentyńskiej pisarki Mariany Enriquez, zwłaszcza opowiadanie grozy „Pod czarną wodą” (z tomu „To, co utraciłyśmy w ogniu”). W tekście tym przepływająca przez slumsy rzeka Riachuelo – do której mieszkańcy z równą obojętnością wrzucają odpadki, ścieki, jak i „ludzkie śmieci” (policjanci spychają do czarnej wody zbuntowanych nastolatków; dlaczego? „bo mogą”) – zaczyna w końcu krztusić się nadmiarem mrocznych spraw, jakie miała zakryć, i wypluwa z siebie upiornego mściciela Emanuela.
Mroczne zjawy – takie jak meksykańska płaczka Llorona, która w przypływie szaleństwa utopiła dwójkę swoich dzieci, a potem zabiła i siebie – wychodzą także z „suczych rzek” Bosorki. Urzeczony grozą „dikich bab” podmiot wyznaje:
widziałem w lasach ślady dzikich kobiet
gałęzie obgryzione do kości korę w strupach
widziałem mamuny nad brzegiem wisłoki
czekały na przypływ
podchodziłem za blisko
Podglądający mężczyzna podchodzi za blisko – i oto zaczyna się polowanie, oto czary przechodzą w mary:
święte kurwy żerują pod lasem
moczą długie włosy w płyciznach świerzówki
zakładają sidła rozkładają wnyki
najsłabsi ze stada wpadną jako pierwsi
ich piersi nieśli na marach chłopcy ze wsi
widzieli święte kurwy po kolana we krwi
woda w potoku była potem niezdatna do picia
Robi się groźnie, ale bez obaw – tak jak udało się Katarzynie Szwedzie w debiutanckim tomie uniknąć pułapki stylistyki „somatyczno-chtonicznej”, tak jak zręcznie wysupłała się z mielizn narracji ofiarniczej, tak wreszcie nie popada w łatwy rejestr odwetowy. Wielowymiarowość i palimpsestowość jej książki, wplecenie w nią wątków autobiograficznych, osadzenie wierszy w kontekście społeczno-historycznym – to wszystko sprawia, że nie można Bosorki zepchnąć do szufladki „poetyckiego realizmu magicznego” (co oczywiście będzie krytyków i krytyczki kusić). Ta (i tamta) rzeka, z którą płyniemy w lekturze, ma wiele dopływów, wiele wylewów (krwi, miesiączki, księżycówki), wiele odwróconych nurtów (i mitów). Ten (i tamten) las wciąż odzywa się wyciem uchodźców, także tych z dzisiejszych czystek i wojen. Ta (i tamta) ziemia, w którą wchodzimy „powoli delikatnym sejsmicznym ruchem”, może nas w sobie zakorzenić, ale może nas też z siebie wygonić („wysiedlam się szybciej niż oni”). To tylko kwestia chwili. (Łemko. Tylko. Wiesz?)