recenzje / ESEJE

Łemkowski palimpsest, odwrotność wymazania

Joanna Mueller

Recenzja Joanny Mueller, towarzysząca wydaniu książki Katarzyny Szwedy Bosorka, która ukazała się w Biurze Literackim 9 listopada 2020 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Pani Ani, wiecz­na­ja pamiat

Kie­dy w gro­nie redak­cji Biu­ra Lite­rac­kie­go zde­cy­do­wa­li­śmy o wyda­niu debiu­tu poetyc­kie­go Kata­rzy­ny Szwe­dy, pomy­śla­łam o oso­bie, któ­rej naj­bar­dziej będę chcia­ła goto­wą Bosor­kę poka­zać. Już cie­szy­łam się na przy­szło­rocz­ne lato, kie­dy przy­ja­dę do Zamie­nic – zaszy­tej w lesie wio­ski koło Choj­no­wa, gdzie razem z rodzi­ną spę­dza­my waka­cje – i zaraz pierw­sze­go czy dru­gie­go dnia odwie­dzę miesz­ka­ją­cą obok nasze­go kem­pin­gu Panią Anię, żeby odwdzię­czyć się jej tym książ­ko­wym poda­run­kiem za otrzy­my­wa­ne od niej cia­sta, warzy­wa z ogród­ka, opo­wie­ści i wresz­cie – za łem­kow­skie bro­szu­ry, któ­re nam każ­de­go roku przy­no­si­ła. Czu­łam, że dla tej ser­decz­nej, mądrej, skrom­nej star­szej kobie­ty, któ­rej rodzi­na tra­fi­ła na Dol­ny Śląsk wraz z inny­mi Łem­ka­mi wysie­dlo­ny­mi z ich pier­wot­nej zie­mi, tomik Kata­rzy­ny Szwe­dy będzie nie­zwy­kłym prze­ży­ciem. Nie wie­dzia­łam, że w cza­sie, gdy decy­do­wa­li­śmy w Biu­rze o wyda­niu Bosor­ki, Panią Anię dotknę­ło wie­czy­ste wysie­dle­nie „na pomir­ki” – kil­ka dni po usły­sze­niu dia­gno­zy zmar­ła na raka.

Mam nadzie­ję, że zarów­no Kata­rzy­na Szwe­da, jak i czy­tel­ni­cy niniej­sze­go tek­stu wyba­czą mi ten oso­bi­sty wstęp. Pozwo­li­łam sobie na taki ton, ponie­waż rów­nież Bosor­ka – z któ­rą moc­no się zży­łam, przy­glą­da­jąc się jej powsta­wa­niu od kil­ku lat: naj­pierw w ramach pro­jek­tu Połów, póź­niej pod­czas spo­tkań w Pra­cow­ni pierw­szej książ­ki – jest tomem nie­zwy­kle oso­bi­stym, a zara­zem osob­nym, two­rzo­nym na mar­gi­ne­sie poko­le­nio­wych spo­rów, nur­tów czy mód. To książ­ka chwy­ta­ją­ca echa i powi­do­ki rodzin­nej opo­wie­ści, któ­ra wpi­su­je się w szer­szą – bole­sną, peł­ną luk oraz prze­mil­czeń – histo­rię łem­kow­skiej ojczy­zny i obczy­zny: „tej” i „tam­tej” zie­mi, zamiesz­ki­wa­nej, odbie­ra­nej, wresz­cie odzy­ski­wa­nej: przez pamięć, foto­gra­fię, wiersz.

Wygna­nie (histo­ria)

Łem­ko­wie (zwa­ni też Rusi­na­mi czy Rusna­ka­mi) zosta­li po dru­giej woj­nie świa­to­wej dotknię­ci podwój­nym wysie­dle­niem. Pierw­sze – to bru­tal­nie real­ne – pole­ga­ło na przy­mu­so­wej depor­ta­cji Ukra­iń­ców, ale też Boj­ków, Doli­nian i wła­śnie Łem­ków z połu­dnio­wo-wschod­nie­go pogra­ni­cza Pol­ski do ZSRR i na Zie­mie Zachod­nie w latach 1945–1947. Dru­gie wysie­dle­nie – to sym­bo­licz­ne, choć nie mniej dotkli­we – było wygna­niem całej gru­py etnicz­nej z pol­skiej świa­do­mo­ści i pamię­ci. Łem­ko­wie – nale­żą­cy do naro­du rusiń­skie­go (kar­pa­to­ru­skie­go) i zamiesz­ku­ją­cy obsza­ry Beski­du Niskie­go, zachod­niej czę­ści Biesz­cza­dów i wschod­nich krań­ców Beski­du Sądec­kie­go – padli ofia­rą akcji „Wisła”, któ­rej bez­po­śred­nim celem było odcię­cie oddzia­łów UPA od pomo­cy lud­no­ści cywil­nej na obsza­rach pogra­ni­cza. To iro­nia histo­rii, ponie­waż Łem­ko­wie wca­le ukra­iń­skich nacjo­na­li­stów nie wspie­ra­li, prze­ciw­nie – zawsze pod­kre­śla­li swo­ją odręb­ność zarów­no od Ukra­iń­ców, jak i Pola­ków.

Pro­ces wysie­dla­nia Łem­ków ze świa­do­mo­ści trwał dalej po ich maso­wej depor­ta­cji na Zie­mie Zachod­nie. Wią­za­ło się to z dru­gim celem akcji „Wisła”, jakim była peł­na asy­mi­la­cja lud­no­ści nie­po­lskiej, a co za tym idzie – stwo­rze­nie z PRL‑u pań­stwa jed­no­li­te­go etnicz­nie. Łem­ko­wie w obczyź­nie, któ­rą otrzy­ma­li w zamian za utra­co­ną ojczy­znę, byli przez pol­skich sąsia­dów błęd­nie utoż­sa­mia­ni z Ukra­iń­ca­mi i pięt­no­wa­ni, zgod­nie z pro­pa­gan­dą wła­dzy, jako wro­dzy nacjo­na­li­ści. Roz­pro­szo­no ich po odda­lo­nych osa­dach, aby trud­niej im było się zrze­szać, zaka­za­no im jakiej­kol­wiek dzia­łal­no­ści naro­do­wej, reli­gij­nej i spo­łecz­nej. Aż do lat osiem­dzie­sią­tych (kie­dy odby­ły się pierw­sze Łem­kow­skie Watry) i dzie­więć­dzie­sią­tych (gdy zaczę­ły powsta­wać legal­ne orga­ni­za­cje tej mniej­szo­ści etnicz­nej) Łem­ko­wie zosta­li zupeł­nie „wyczysz­cze­ni” z mapy i histo­rii Pol­ski.

W roku 2017 – tym samym, w któ­rym (28 kwiet­nia) gro­no pol­skich inte­lek­tu­ali­stów potę­pi­ło akcję „Wisła”, nazy­wa­jąc ją otwar­cie „czyst­ką etnicz­ną” – Kata­rzy­na Szwe­da ze swo­im zesta­wem wier­szy „Pogra­ni­cza” wzię­ła udział w pro­jek­cie Połów Biu­ra Lite­rac­kie­go. W 2018 roku zestaw ten zna­lazł się w alma­na­chu Połów. Poetyc­kie debiu­ty 2017, a poet­ka zaczę­ła odwie­dzać Beskid Niski z apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym – w ten spo­sób do histo­rii oca­lo­nych w wier­szach dołą­czy­ły jej poru­sza­ją­ce zdję­cia z pogra­ni­cza. W roku tym, a tak­że w dwóch kolej­nych, spo­ty­ka­ły­śmy się z autor­ką w Pra­cow­ni pierw­szej książ­ki, gdzie Bosor­kadoj­rze­wa­ła do ode­zwa­nia się peł­nym gło­sem poetyc­kim. W trak­cie jed­ne­go z warsz­ta­to­wych spo­tkań we wrze­śniu 2020 zapy­ta­łam Kasię, podob­nie jak innych uczest­ni­ków i uczest­nicz­ki – dla­cze­go war­to wydać aku­rat jej debiut. Autor­ka odpo­wie­dzia­ła szcze­rze, że waż­ne są róż­ne wzglę­dy, ale naj­bar­dziej chcia­ła­by udo­wod­nić swo­je­mu tacie, że się myli, gdy twier­dzi, że histo­ria Łem­ków niko­go dzi­siaj nie zain­te­re­su­je i nikt nie opu­bli­ku­je tomu poezji na ten temat. Oto i cała histo­ria Bosor­ki. Oto jej począ­tek.

Urze­cze­nie (opo­wieść)

Książ­ka Kata­rzy­ny Szwe­dy opie­ra się na trzech wspor­ni­kach – tek­stach obję­to­ścio­wo naj­mniej­szych, ale o zna­cze­niu fun­da­men­tal­nym. W każ­dym z nich przy­wo­ła­ne jest imię Wasy­la, któ­re poja­wia się tak­że w dedy­ka­cji wier­sza „cich­cem”: „pamię­ci dziad­ka Wasy­la Tele­pa”. Istot­na jest gra z pol­ską wer­sją imie­nia Wasyl – w utwo­rze „bazy­li” dowia­du­je­my się, że „wasyl reagu­je już tyl­ko na bazy­li”, nato­miast w II czę­ści tryp­ty­ku fra­za ta zosta­je odwró­co­na: „mówisz wasyl już nie reagu­je na bazy­li”. W tym pro­stym zabie­gu pod­mia­ny imion poet­ka odwzo­ro­wu­je los boha­te­ra, któ­ry zosta­je wyko­rze­nio­ny nie tyl­ko z ojczy­stej zie­mi, ale też z łem­kow­skiej wer­sji wła­sne­go imie­nia. Czy Bazy­li odzy­sku­je w koń­cu utra­co­ną zie­mię tak, jak odzy­sku­je imię Wasyl (powra­ca na pogra­ni­cze?), czy może imię to zosta­je mu zwró­co­ne dopie­ro w momen­cie śmier­ci (co suge­ru­je lamen­ta­cyj­na część tomu, a tak­że zamy­ka­ją­cy go tekst, będą­cy zara­zem ostat­nim „wspor­ni­kiem” tryp­ty­ku: „mówisz wasyl mówisz zim­ny jak skur­wi­syn”)? Tego nie wie­my i wie­dzieć nie musi­my. Waż­niej­sze jest to, że poprzez przy­wo­ła­nie w stra­te­gicz­nych miej­scach książ­ki imie­nia Wasyla/Bazylego poet­ka usta­la wyraź­ną struk­tu­rę nadaw­czą – pod­mio­tem mówią­cym wBosor­ce jest męż­czy­zna, i to męż­czy­zna bar­dzo kon­kret­ny, nawet jeśli jego histo­ria plą­cze się z opo­wie­ścia­mi innych osób, a pry­wat­na per­spek­ty­wa zała­mu­je się w wie­lo­gło­so­wych, czę­sto ano­ni­mo­wych per­se­we­ra­cjach.

Sam zresz­tą głos pod­mio­tu mówią­ce­go nigdy nie jest czy­sty – zawsze docie­ra do nas zmą­co­ny róż­ny­mi tona­mi, z odmien­nych cza­so­prze­strze­ni. Zdy­sza­ny szept chłop­ca przed muta­cją, któ­ry urze­czo­ny pod­glą­da „sta­re nagie pracz­ki w poto­kach w nie­zna­jo­wej”, prze­cho­dzi w chra­pli­wy beł­kot nad „krop­ką” (czy­li wód­ką z ete­rem). Jed­nak i ten trze­wio­wy pijac­ki krzyk zosta­je zdła­wio­ny, bo „praw­dzi­wi męż­czyź­ni” nie powin­ni pła­kać ani mówić o trau­mie (na przy­kład o wysie­dle­niu). Wresz­cie przez gde­ra­nie sta­re­go Wasy­la prze­dzie­ra się jego pogłos z zaświa­tów, kie­dy przez jakiś czas powra­ca po śmier­ci i pil­nu­je, „żeby lis nie wybie­rał jajek z kur­ni­ka”.

Fra­zy zasły­sza­ne zapew­ne przez autor­kę w rodzin­nym domu zosta­ły przez nią „zsam­plo­wa­ne” z tre­ścia­mi, któ­re nigdy nie mia­ły być wypo­wie­dzia­ne, któ­re się wypie­ra­ło, zdła­wia­ło, sczysz­cza­ło w suczych rze­kach, zako­py­wa­ło w cudzej zie­mi, zale­wa­ło księ­ży­ców­ką. Patrzę na Bosor­kę jak na rodzaj łem­kow­skie­go palimp­se­stu – tak­że w zna­cze­niu alko­ho­lo­we­go zani­ku pamię­ci nazy­wa­ne­go „palimp­se­stem” (na co zda­je się cier­pieć kil­ko­ro boha­te­rów tomu), ale bez kono­ta­cji, jakie nadał temu poję­ciu post­mo­der­nizm. W palimp­se­ście Kata­rzy­ny Szwe­dy fun­da­men­tal­ne pra­wo ojców („nie będziesz brał/ cudzej zie­mi za wła­sną nie będziesz miał/ inne­go domu poza tam­tym jed­nym”) zosta­ło czę­ścio­wo zama­za­ne na sku­tek kapry­su histo­rii, a potem było kośla­wo nad­pi­sy­wa­ne przez synów-wysie­dleń­ców – tych, co „leże­li w poto­kach żeby się oczy­ścić z pamię­ci”, tych, któ­rzy wzię­li na sie­bie dzie­dzic­two wydzie­dzi­cze­nia („takie baj­ki opo­wia­da­li dzie­ciom przed snem/ żeby rano gdy otwo­rzą oczy/ nigdy nie były na swo­im”), tych skła­da­nych w naj­więk­szej ofie­rze –„ofie­rze z pustych chy­ży”.

Kie­dy w 2019 roku w Pra­cow­ni pierw­szej książ­ki roz­ma­wia­li­śmy o tym, co łączy pro­jek­ty debiu­tanc­kich tomów, ude­rzy­ło nas, jak wie­le z nich jest zanu­rzo­nych w żywio­le wod­nym, fascy­nu­je się płyn­no­ścią (na przy­kład w kon­tek­ście toż­sa­mo­ści kobiet, jak u Marii Hal­ber), wypły­wa z jed­ne­go z głów­nych źró­deł wyobraź­ni eko­po­etyc­kiej. Wśród przy­wo­ły­wa­nych „wod­no-leśnych” tomów była też Bosor­ka, ale pamię­tam, że już wte­dy pod­kre­śla­li­śmy – a teraz tyl­ko to powtó­rzę – odmien­ność akwa­tycz­ne­go ima­gi­na­rium Kata­rzy­ny Szwe­dy. Wska­zy­wa­li­śmy na nie­bez­pie­czeń­stwo łatwe­go wpi­sa­nia jej książ­ki w nurt wyzna­czo­ny toma­mi Joan­ny Lech, Mał­go­rza­ty Leb­dy czy Urszu­li Honek (co spo­tka­ło choć­by książ­kę innej lau­re­at­ki Poło­wu – Pau­li­ny Pidzik), a jed­nak znaj­do­wa­li­śmy w Bosor­ce solid­ne pro­gi (poro­hy?) zabez­pie­cza­ją­ce przed takim wart­kim, acz bez­re­flek­syj­nym odczy­ta­niem.

Moim zda­niem tym, co zde­cy­do­wa­nie odróż­nia debiut Szwe­dy od ksią­żek, któ­re Jakub Skur­tys nazwał „poezją soma­tycz­no-chto­nicz­ną” (z rekwi­zy­to­rium ogra­ni­czo­nym do uni­wer­sal­nych obra­zów: lasu, rze­ki, zie­mi, roślin, rany, sar­ny), jest sil­ne zako­rze­nie­nie Bosor­ki w kon­kret­nej łem­kow­skiej – i rodzin­nej – histo­rii (o czym wyżej). Jej lasy nigdy nie są ano­ni­mo­wy­mi gęstwi­na­mi, tyl­ko kon­kret­ny­mi beskidz­ki­mi azy­la­mi, w któ­rych przod­ko­wie poet­ki ukry­wa­li się przed depor­ta­cją („ludzie w lasach jesz­cze dłu­go wyli a już ciem­no było”). Jej zie­mia nosi imię prze­kor­ne wobec histo­rii – nigdy nie jest zie­mią odzy­ska­ną, zawsze utra­co­ną. Wresz­cie rze­ki Szwe­dy nie są „po pro­stu” rze­ka­mi, lecz mają kon­kret­ne nazwy geo­gra­ficz­ne, nawet wte­dy, gdy są zara­zem stru­mie­nia­mi krwi pul­su­ją­cy­mi w żyłach boha­te­ra opo­wie­ści, jak w wier­szu „poto­ki” (cytu­ję w cało­ści):

świe­rzów­ka pękła w nim naj­pierw
potem zim­na woda wilsz­nia i zawo­ja
ryszów­ka ryjak kremp­na i hucian­ka
wiły się w jego cie­le jak zaskroń­ce

dusz­ne i schną­ce poto­ki żył

ktoś kie­dyś nadał im począ­tek puścił się z prą­dem
przy­cza­jo­ne w mię­sie cier­pli­wie cze­ka­ły do koń­ca
wysy­cha­ły wol­no niby nie­przy­dat­ne
do odkry­wa­nia rze­czy

zapo­mi­na­nia ich potem dokład­nie

mały wisłok duży wisłok
jak krwio­bie­gi
zim­ne
męt­ne
pul­su­ją­ce

Przy­wo­łu­jąc nazwy beskidz­kich rzek, tak jak w innych wier­szach imię Wasy­la-nie-Bazy­le­go, Kata­rzy­na Szwe­da odwra­ca pro­ces zapo­mi­na­nia, na któ­ry zosta­li ska­za­ni łem­kow­scy wysie­dleń­cy. Nazwa­nie – to odwrot­ność wyma­za­nia. Tych odwró­ceń jest w Bosor­ce spo­ro – mno­żą się tam natręt­ne per­se­we­ra­cje (przy­po­mi­na­ją­ce te z poezji Euge­niu­sza Tka­czy­szy­na-Dyc­kie­go, któ­re­go rodzin­na histo­ria jest bli­ska opi­sa­nej przez Szwe­dę), refre­ny powra­ca­ją w kadro­wa­nych na nowo kon­tek­stach, a fra­zy są czy­ta­ne od koń­ca przez kogoś, kto ma „nie po kolei” w gło­wie – i cza­sem brzmią jak modli­tew­na man­tra, kie­dy indziej jak ojcow­skie przy­ka­za­nie, wresz­cie jak pijac­ki beł­kot nad bra­ną „na kre­skę” krop­ką.

W dwóch wier­szach tomu ów mecha­nizm odwró­ce­nia zosta­je opi­sa­ny wprost. W puen­cie „snu o domu” doko­nu­je się cof­nię­cie fil­mu:

potem pory roku sta­wa­ły się na odwrót
smęt­ne twa­rze ludzi wyple­nia­ły obłęd
cofa­ły się leni­wie odwra­cal­ne skut­ki
let­nich popo­łu­dni

Z kolei w „wisło­ce” nastę­pu­je zupeł­ne „wyna­tu­rze­nie” – sło­wo poetyc­kie zawra­ca bieg rze­ki i oto Wisła wpły­wa do Wisło­ki, a nie odwrot­nie. Jed­nak nie tyl­ko o wol­tę natu­ry cho­dzi autor­ce – jej gest urze­ka­ją­ce­go wyna­tu­rze­nia doty­ka tak­że histo­rii. Wisła Szwe­dy nigdy nie jest prze­cież „po pro­stu” Wisłą – ale zawsze czę­ścią akcji „Wisła”, któ­rej bole­sne skut­ki mają się teraz cof­nąć:

tam­te­go lata wszyst­ko śni­ło nam się na odwrót
stam­tąd przy­wieź­li nas tutaj wisła wpły­wa­ła do wisło­ki
przy­wlo­kła nie­chcia­ne reszt­ki miast

I cof­ną się – nawet jeśli to t y l k o alko­ho­lo­wa wylew­ność po księ­ży­ców­ce. Nawet jeśli to t y l k o sen. Nawet jeśli to t y l k o wiersz. (Nazwa Łem­ków powsta­ła od uży­wa­ne­go przez nich – w odróż­nie­niu od innych Rusi­nów – sło­wa „łem”, czy­li „t y l k o”, wiesz?)

Oczar (mary)

Kil­ka wier­szy w Bosor­ce to zapi­sy urze­cze­nia – chłop­cy „moczą się”, gdy pod­glą­da­ją sta­re kobie­ty pio­rą­ce „szma­tia wiot­ki­mi pier­sia­mi”, chłop­cy prze­ży­wa­ją nad „rze­ka­mi suk” swo­je chwi­le „naj­bar­dziej intym­ne” (tam „cia­ła nagich kobiet wiot­kie jak czeremcha/ krę­te jak świe­rzów­ka pod­my­ta wisłoką/ pozba­wio­ne puchu łasi­ły się do nas”), to chłop­cy wresz­cie – na przy­kład w „ocze­pi­nach” – prze­kra­cza­ją gra­ni­cę, za któ­rą urze­cze­nie sta­je się prze­mo­cą:

chłop­cy ze wsi wycią­ga­li je za wło­sy z pobli­skich mokra­deł

nie mia­ły jesz­cze twa­rzy dzie­wic nie mia­ły już żad­nych innych
ich wnę­trza pach­nia­ły mułem wodo­ro­stów i cie­ni
te któ­re sta­wia­ły opór wycią­ga­li po zmro­ku
bar­dziej podat­ne na suchy dotyk

doty­ka­li od środ­ka aż po same brze­gi

Tom Kata­rzy­ny Szwe­dy, choć pro­wa­dzo­ny głów­nie z per­spek­ty­wy męskiej, jest moc­nym gło­sem w spra­wie kobiet. Autor­ka poka­zu­je, jak prze­moc sys­te­mo­wa, w ska­li makro – w tym wypad­ku wymie­rzo­na prze­ciw łem­kow­skiej gru­pie etnicz­nej – prze­kła­da się na akty mikro­agre­sji, codzien­ne krzyw­dy wyrzą­dza­ne sobie nawza­jem przez jed­nost­ki. Męż­czyź­ni, wysie­dle­ni z ojco­wizn, kle­cą­cy z prze­mil­czeń i beł­ko­tów swo­je knaj­pia­ne palimp­se­sty, odre­ago­wu­ją wła­sne trau­my, wymie­rza­jąc cio­sy naj­bliż­szym oso­bom. Nie przez przy­pa­dek Bosor­ka zaczy­na się od wspo­mnie­nia (wier­sza „wasyl”): „pamię­tam jak roz­bił ron­dlem gło­wę bab­ci”, a koń­czy prze­kleń­stwem („zim­ny jak skur­wi­syn”) – i obie te fra­zy, jak się domy­ślam, pada­ją z ust kobie­ty wła­śnie (zwy­kle mil­czą­cej), nie męż­czy­zny.

Poet­ka, choć opi­su­je prze­moc wobec kobiet, nie wpa­da w kole­iny nar­ra­cji lamen­ta­cyj­no-ofiar­ni­czej. Jej boha­ter­ki naj­czę­ściej mil­czą (dla­te­go rzad­ko zysku­ją sta­tus pod­mio­tek mówią­cych), ale jest to mil­cze­nie gniew­ne i wymow­ne, wręcz groź­ne. Piszę ten tekst w kolej­nym dniu straj­ku kobiet w Pol­sce i czu­ję, że tytu­ło­wa Bosor­ka – czy­li po łem­kow­sku „cza­row­ni­ca” – dołą­cza do tego nabrzmie­wa­ją­ce­go pro­te­stu tak­że swój głos, głos wnucz­ki „tych, któ­rym nie uda­ło wam się spa­lić” (albo spła­wić). I kie­dy czy­tam jeden z dow­cip­niej­szych (sic!) trans­pa­ren­tów straj­ko­wych – „Módl­cie się, żeby nam się okre­sy nie zsyn­chro­ni­zo­wa­ły” – to myślę, że prócz dow­ci­pu jest w tej fra­zie jaw­na groź­ba kobiet dopro­wa­dzo­nych do osta­tecz­no­ści. Groź­ba syn­chro­ni­zu­ją­cych się okre­sów (owszem, pano­wie mini­stro­wie nauki i kul­tu­ry, to jest temat współ­cze­snej poezji!) pobrzmie­wa też w tytu­ło­wym wier­szu tomu Szwe­dy:

o zmro­ku wszyst­kie wyła­zi­ły na brzeg

raz w mie­sią­cu ście­ka­ło im po łyd­kach
mia­ło to podob­no coś wspól­ne­go z faza­mi
bar­wi­ły wisło­kę na czer­wo­no

mia­ło to podob­no coś wspól­ne­go z jej nagłym odpły­wem
odpły­wa­ła w butach przy­pły­wa­ła boso
mia­ło to podob­no coś wspól­ne­go z jej nagłym przy­pły­wem
wzbie­ra­ła naj­bar­dziej w pobli­skich poto­kach

o zmro­ku wszyst­kim nam się zda­rza­ło

Powtó­rzę tę for­mu­łę: „o zmro­ku wszyst­kim nam się zda­rza­ło”. Dzie­dzic­two czy raczej sio­strzeń­stwo krwi – mie­sięcz­nej, ale też tej wyla­nej przez nasze pra­bab­ki-wiedź­my, i tej wycie­ka­ją­cej z „ciał świę­tych kurew”, i tej, któ­rą zna­ku­ją ode­bra­ną zie­mię „dusze sta­rych pra­czek”, „dike baby”, „mamu­ny”, „bohy­ny”, „prespanki/ kopyłki/ sta­re pan­ny” – zosta­je zawar­te poprzez wspól­ne zanu­rze­nie w poto­kach. I mam tu na myśli zarów­no poto­ki real­ne, beskidz­kie, przy­wo­ły­wa­ne przez autor­kę po imie­niu, jak i te nie mniej real­ne – ludz­kie poto­ki prze­pły­wa­ją­ce na prze­ło­mie paź­dzier­ni­ka i listo­pa­da 2020 roku przez uli­ce pol­skich miast.

Kie­dy w 2019 roku roz­ma­wia­łam z Kata­rzy­ną Szwe­dą o laty­no­ame­ry­kań­skich inspi­ra­cjach jej poezji (widocz­nych w takich wier­szach, jak „guaji­ra”, „guaca­mayo” czy „llo­ro­na”), pole­ci­łam autor­ce pro­zę argen­tyń­skiej pisar­ki Maria­ny Enri­qu­ez, zwłasz­cza opo­wia­da­nie gro­zy „Pod czar­ną wodą” (z tomu „To, co utra­ci­ły­śmy w ogniu”). W tek­ście tym prze­pły­wa­ją­ca przez slum­sy rze­ka Ria­chu­elo – do któ­rej miesz­kań­cy z rów­ną obo­jęt­no­ścią wrzu­ca­ją odpad­ki, ście­ki, jak i „ludz­kie śmie­ci” (poli­cjan­ci spy­cha­ją do czar­nej wody zbun­to­wa­nych nasto­lat­ków; dla­cze­go? „bo mogą”) – zaczy­na w koń­cu krztu­sić się nad­mia­rem mrocz­nych spraw, jakie mia­ła zakryć, i wyplu­wa z sie­bie upior­ne­go mści­cie­la Ema­nu­ela.

Mrocz­ne zja­wy – takie jak mek­sy­kań­ska płacz­ka Llo­ro­na, któ­ra w przy­pły­wie sza­leń­stwa uto­pi­ła dwój­kę swo­ich dzie­ci, a potem zabi­ła i sie­bie – wycho­dzą tak­że z „suczych rzek” Bosor­ki. Urze­czo­ny gro­zą „dikich bab” pod­miot wyzna­je:

widzia­łem w lasach śla­dy dzi­kich kobiet
gałę­zie obgry­zio­ne do kości korę w stru­pach
widzia­łem mamu­ny nad brze­giem wisło­ki
cze­ka­ły na przy­pływ

pod­cho­dzi­łem za bli­sko

Pod­glą­da­ją­cy męż­czy­zna pod­cho­dzi za bli­sko – i oto zaczy­na się polo­wa­nie, oto cza­ry prze­cho­dzą w mary:

świę­te kur­wy żeru­ją pod lasem
moczą dłu­gie wło­sy w pły­ci­znach świe­rzów­ki
zakła­da­ją sidła roz­kła­da­ją wny­ki

naj­słab­si ze sta­da wpad­ną jako pierw­si
ich pier­si nie­śli na marach chłop­cy ze wsi
widzie­li świę­te kur­wy po kola­na we krwi

woda w poto­ku była potem nie­zdat­na do picia

Robi się groź­nie, ale bez obaw – tak jak uda­ło się Kata­rzy­nie Szwe­dzie w debiu­tanc­kim tomie unik­nąć pułap­ki sty­li­sty­ki „soma­tycz­no-chto­nicz­nej”, tak jak zręcz­nie wysu­pła­ła się z mie­lizn nar­ra­cji ofiar­ni­czej, tak wresz­cie nie popa­da w łatwy rejestr odwe­to­wy. Wie­lo­wy­mia­ro­wość i palimp­se­sto­wość jej książ­ki, wple­ce­nie w nią wąt­ków auto­bio­gra­ficz­nych, osa­dze­nie wier­szy w kon­tek­ście spo­łecz­no-histo­rycz­nym – to wszyst­ko spra­wia, że nie moż­na Bosor­ki zepchnąć do szu­flad­ki „poetyc­kie­go reali­zmu magicz­ne­go” (co oczy­wi­ście będzie kry­ty­ków i kry­tycz­ki kusić). Ta (i tam­ta) rze­ka, z któ­rą pły­nie­my w lek­tu­rze, ma wie­le dopły­wów, wie­le wyle­wów (krwi, mie­siącz­ki, księ­ży­ców­ki), wie­le odwró­co­nych nur­tów (i mitów). Ten (i tam­ten) las wciąż odzy­wa się wyciem uchodź­ców, tak­że tych z dzi­siej­szych czy­stek i wojen. Ta (i tam­ta) zie­mia, w któ­rą wcho­dzi­my „powo­li deli­kat­nym sej­smicz­nym ruchem”, może nas w sobie zako­rze­nić, ale może nas też z sie­bie wygo­nić („wysie­dlam się szyb­ciej niż oni”). To tyl­ko kwe­stia chwi­li. (Łem­ko. Tyl­ko. Wiesz?)

O autorze

Joanna Mueller

Urodzona w 1979 roku. Poetka, eseistka, redaktorka. Wydała tomy poetyckie: Somnambóle fantomowe (2003), Zagniazdowniki/Gniazdowniki (2007, nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia), Wylinki (2010), intima thule (2015, nominacje do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy i do Silesiusa), wspólnie z Joanną Łańcucką Waruj (2019, nominacje do Silesiusa i Nagrody im. W. Szymborskiej) oraz Hista & her sista (2021, nominacja do Silesiusa), dwie książki eseistyczne: Stratygrafie (2010, nagroda Warszawska Premiera Literacka) i Powlekać rosnące(2013) oraz zbiór wierszy dla dzieci Piraci dobrej roboty (2017). Redaktorka książek: Solistki. Antologia poezji kobiet (1989–2009) (2009, razem z Marią Cyranowicz i Justyną Radczyńską) oraz Warkoczami. Antologia nowej poezji (2016, wraz z Beatą Gulą i Sylwią Głuszak). Członkini grupy feministyczno-artystycznej Wspólny Pokój. Mieszka w Warszawie.

Powiązania