recenzje / ESEJE

Świat zrobił się za mały

Marcin Orliński

Recenzja Marcina Orlińskiego towarzyszące premierze książki Jacka Dehnela Ekran kontrolny, wydaje w Biurze Literackim 19 października 2009 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

„Coś dziw­ne­go sta­je się z rze­czy­wi­sto­ścią – pisał Cze­sław Miłosz w jed­nym ze swo­ich ostat­nich tek­stów – Język nasz wca­le jej nie szko­dził, ist­nia­ła sobie nie­za­leż­nie od tego, jak ją poeci i pro­za­icy opi­sy­wa­li, ale kie­dy poja­wił się język obraz­ko­wy, zaczę­ła się zacie­rać gra­ni­ca pomię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią a ułu­dą„1. Nie wiem, czy całą winę za odre­al­nie­nie rze­czy­wi­sto­ści nale­ży przy­pi­sy­wać kul­tu­rze obraz­ko­wej. Myślę, że pro­blem jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny i wią­że się nie tyl­ko z prze­mia­na­mi kul­tu­ro­wy­mi, ale tak­że ze zmia­ną sto­sun­ków spo­łecz­nych i rewo­lu­cją tech­no­lo­gicz­ną. A wszyst­kie te kwe­stie zda­je się poru­szać w swo­im naj­now­szym tomie wier­szy Jacek Deh­nel.

Ekran kon­tro­l­ny to tytuł nie tyl­ko książ­ki, ale i wień­czą­ce­go ją cyklu wier­szy. Ponie­waż w całym pro­jek­cie wła­śnie ten cykl wyda­je mi się naj­bar­dziej spój­ną i wyra­zi­stą pro­po­zy­cją lirycz­ną, lek­tu­rę tomi­ku chciał­bym zacząć od nie­go. „Nie masz słów na tę boleść”, pisze poeta i poka­zu­je, jaki obraz woj­ny two­rzą mass media. Woj­na oka­zu­je się zale­d­wie repor­ta­żem o woj­nie, suchą rela­cją przy­go­to­wa­ną przez schlud­nie ubra­ne­go dzien­ni­ka­rza. I choć przez chwi­lę pro­gram tele­wi­zyj­ny sta­je się spek­ta­klem praw­dzi­wie poru­sza­ją­cym to jed­nak „świat zro­bił się za mały na daw­ne współ­czu­cie”. Widz przed tele­wi­zo­rem to ktoś, kto zosta­je wrzu­co­ny w dwie wyklu­cza­ją­ce się role – uczest­ni­ka i bier­ne­go obser­wa­to­ra: „Ty i lament naj­głęb­szy. I ekran kon­tro­l­ny, / w któ­rym dostrze­gasz teraz dużą, krą­głą czasz­kę”.

Ekran i świat – to dwa bie­gu­ny, mię­dzy któ­ry­mi rodzi się u Deh­ne­la rze­czy­wi­ste napię­cie. Czym jest obraz kon­tro­l­ny? Obraz kon­tro­l­ny poja­wia się na ekra­nie tele­wi­zo­ra poza godzi­na­mi emi­sji pro­gra­mów. Sta­no­wi prób­kę rze­czy­wi­sto­ści ekra­no­wej i słu­ży do poka­za­nia czy­stych barw i kształ­tów, tak by użyt­kow­nik mógł dostro­ić obraz, usta­wić jasność, dopa­so­wać kon­trast. Ale ekran kon­tro­l­ny to nie tyl­ko elek­tro­nicz­na pale­ta – to tak­że fał­szy­wy wize­ru­nek, któ­ry przy­cho­dzi w zastęp­stwie, nie iko­na, lecz idol, któ­ry zamiast odno­sić do cze­goś zewnętrz­ne­go, repre­zen­tu­je tyl­ko i wyłącz­nie sie­bie. Nie ma więc woj­ny – jest repor­taż. W miej­sce sen­su poja­wia się infor­ma­cja, a głę­bia zmie­nia się w powierzch­nię. I to jest moment, w któ­rym war­to roz­po­cząć lek­tu­rę pozo­sta­łych wier­szy Jac­ka Deh­ne­la.

Tom wyda­je się bar­dzo zróż­ni­co­wa­ny pod wzglę­dem for­mal­nym, a roz­rzut tema­tów powstrzy­mu­je przed jego jed­no­znacz­ną inter­pre­ta­cją. Poja­wia się tu wątek dzie­ciń­stwa, ale domi­nu­ją pro­ble­my doro­słe­go świa­ta. Prze­wi­ja­ją się obra­zy z minio­nych epok, ale tak­że posta­cie czy zda­rze­nia zupeł­nie współ­cze­sne. Jakaś zima, jakieś lato… Notat­ka o prze­mi­ja­niu naro­dów poczy­nio­na pod­czas wyciecz­ki tury­stycz­nej, skej­ci przed Saint-Denis, klo­szard pod bud­ką z keba­ba­mi, fara w Bole­sław­cu. Spra­wa wyglą­da na skom­pli­ko­wa­ną, ponie­waż wpro­wa­dza­ne porząd­ki mie­sza­ją się. Wszyst­ko roz­gry­wa się pomię­dzy dwo­ma bie­gu­na­mi real­no­ści, tak jak­by poeta pró­bo­wał czy­tel­ni­ka ostrzec: uwa­żaj, widzu, jaki obraz rze­czy­wi­sto­ści powsta­je w two­jej gło­wie; prze­myśl, czy rewo­lu­cja infor­ma­cyj­na uła­twia dostęp do praw­dy czy może raczej cię od niej odda­la; zważ wresz­cie, czy pomie­sza­nie języ­ków poma­ga ci się komu­ni­ko­wać czy też raczej wpro­wa­dza zamęt.

Zatrzy­maj­my się przez chwi­lę przy kwe­stii obra­zu. Gwał­tow­ny roz­rost kul­tu­ry obraz­ko­wej w pew­nym stop­niu wią­że się z fak­tem, że rela­cja mię­dzy nadaw­cą i odbior­cą zaczę­ła mieć cha­rak­ter czy­sto eko­no­micz­ny. Gio­van­ni Sar­to­ri chce wręcz zastą­pić poję­cie homo sapiens poję­ciem homo videns2. Dla współ­cze­sne­go widza „zoba­czyć” ozna­cza „zro­zu­mieć”. Jak zauwa­ża­ją Ryszard Misz­czyń­ski i Andrzej Tar­no­pol­ski, zmia­na para­dyg­ma­tu poznaw­cze­go wią­że się z rewo­lu­cją aksjo­lo­gicz­ną: „dla sie­dzą­ce­go przed tele­wi­zo­rem cen­ne jest coś, co dużo i czę­sto poka­zu­je się na ekra­nie„3. Tre­ści świa­do­mo­ści, jak twier­dzi z kolei Zbi­gniew Zabo­row­ski, sta­ją się wów­czas „ubo­gie i pry­mi­tyw­ne. Oscy­lu­ją mię­dzy potrze­ba­mi bez­pie­czeń­stwa, kon­tro­li i wła­dzy, a sta­na­mi sze­ro­ko poję­tej kon­sump­cji. Nie ma w nich na ogół miej­sca na bez­in­te­re­sow­ność, empa­tię, pomoc innym ludziom, dba­nie o śro­do­wi­sko, o dobro kra­ju czy ludz­kość. Domi­nu­ją for­my prze­twa­rza­nia tre­ści: indy­wi­du­al­na, obron­na i zewnętrz­na przy regre­sie for­my reflek­syj­nej, któ­ra sprzy­ja kry­tycz­nej ana­li­zie, oce­nie wła­snej oso­by i huma­ni­stycz­nej orien­ta­cji„4.

Pro­blem świa­ta u Jac­ka Deh­ne­la nie ogra­ni­cza się jed­nak tyl­ko do zagad­nie­nia obra­zu. Jak na kla­sy­cy­stę przy­sta­ło, poeta inte­re­su­je się rów­nież bar­dzo tra­dy­cyj­ny­mi tema­ta­mi, taki­mi jak czło­wiek, prze­mi­ja­nie, Bóg czy śmierć. Wizja Deh­ne­la, któ­rą zna­my zresz­tą z poprzed­nich ksią­żek, jest wyra­zi­sta, bole­śnie racjo­nal­na i raczej nie pozo­sta­wia złu­dzeń. Czło­wiek to tyl­ko zwie­rzę („zwie­rząt­ko czło­wiek”, jak powie w jed­nym z wier­szy), a całej tej ziem­skiej kome­dii nie oglą­da­ją z zewnątrz „żad­ni bogo­wie”. Z punk­tu widze­nia Wszech­świa­ta ludz­kie spra­wy oka­zu­ją się małe, krót­ko­trwa­łe i nie­waż­ne. Czło­wiek mio­ta się, budu­je kate­dry i hiper­mar­ke­ty, lecz w per­spek­ty­wie dłu­go­ter­mi­no­wej jego dzie­ło zda­je się zni­ko­me i nie­wie­le war­te. Prze­mi­ja­ją poko­le­nia, ba, prze­mi­ja­ją nawet całe naro­dy i nie pozo­sta­je po nich pra­wie nic. Roz­wa­ża­nia w tym duchu już zna­my. To Nor­wid:

I zie­mia stoi – i wie­ków otchła­nie,
I wszy­scy żywi w tej chwi­li,
Z któ­rych i jed­nej kost­ki nie zosta­nie,
Choć będą ludzie, jak byli…

Wraz z meta­fi­zycz­nym mini­ma­li­zmem i scep­ty­cy­zmem powra­ca w tych wier­szach este­tyzm. Poza przy­ro­dą i czy­sto ludz­ki­mi wytwo­ra­mi nie ma nic. Jest pust­ka. Co w związ­ku z tym może nam ofe­ro­wać lite­ra­tu­ra? Na pew­no nie umoż­li­wi jakie­goś szcze­gól­ne­go dostę­pu do praw­dy, ale być może nas oca­li. Nie dzi­wią więc prze­chadz­ki Deh­ne­la po sta­rych gościń­cach kul­tu­ry euro­pej­skiej, nie­co zawa­diac­ki flirt ze sztu­ką, gesty pozdro­wie­nia rzu­ca­ne towa­rzy­szom doli i nie­do­li, dżen­tel­me­nom i damom lat minio­nych. W obli­czu bra­ku nadziei na „coś wię­cej” tyl­ko jed­no wyda­je się war­te uwa­gi: sze­ro­ko rozu­mia­na kul­tu­ra.

Naj­waż­niej­szym zada­niem czło­wie­ka może się więc oka­zać oca­le­nie wła­snych wytwo­rów – zarów­no przed­mio­tów użyt­ku codzien­ne­go, jak i dzieł sztu­ki. Aby wyja­śnić, jaką onto­lo­gicz­ną rolę u Deh­ne­la może peł­nić gro­ma­dze­nie rze­czy, posłu­żę się roz­wa­ża­nia­mi Han­ny Arendt. W swo­jej słyn­nej książ­ce Kon­dy­cja ludz­ka autor­ka przed­sta­wia sytu­ację, przed jaką, wg niej, sta­nę­ła w dzi­siej­szych cza­sach ludz­kość. Otóż na świat skła­da­ją się rze­czy trwa­łe oraz dobra kon­sump­cyj­ne. świat ist­nie­je o tyle, o ile ist­nie­ją rze­czy trwa­łe. Pod­sta­wo­wym zagro­że­niem dla świa­ta są więc dobra kon­sump­cyj­ne, przed­mio­ty wytwa­rza­ne po to tyl­ko, by czło­wiek mógł je szyb­ko skon­su­mo­wać. Jeże­li kon­sump­cja roz­cią­gnie się na zbiór rze­czy trwa­łych, świat znik­nie. Być może wła­śnie dla­te­go boha­ter Jac­ka Deh­ne­la gro­ma­dzi przed­mio­ty, pamiąt­ki, bibe­lo­ty – kru­che arte­fak­ty ludz­kiej rze­czy­wi­sto­ści. Wg Arendt, świa­tu potrzeb­ni są posia­da­cze, ponie­waż wbrew Karo­lo­wi Mark­so­wi insty­tu­cja wła­sno­ści pozwa­la utrzy­mać świat w cało­ści.

Ekran kon­tro­l­ny to pro­jekt inte­re­su­ją­cy, lecz bar­dzo nie­spój­ny. Poeta mie­sza języ­ki, demon­tu­je wzor­ce lirycz­ne i burzy hie­rar­chie. Czy neo­kla­sy­cyzm Jac­ka Deh­ne­la dekla­sy­cy­zu­je się? Na pew­no się dekla­sy­fi­ku­je. Po daw­nym rygo­rze inte­lek­tu­al­nym spod zna­ku Zbi­gnie­wa Her­ber­ta czy Cze­sła­wa Miło­sza, a tak­że po meta­fi­zycz­nych wyciecz­kach śla­da­mi Bole­sła­wa Leśmia­na, oto się­ga poeta po słow­ni­ki języ­ka potocz­ne­go i zapi­su­je zda­rze­nia zupeł­nie banal­ne. Dla­cze­go w ślicz­ne, okrą­głe zda­nie wdzie­ra się sło­wo kostro­pa­te? Dla­cze­go styl łamie się i roz­my­wa? W imię jakich nie­od­gad­nio­nych celów sku­pia się wresz­cie poeta na nie­wie­le zna­czą­cym zna­ku życia codzien­ne­go i opi­su­je go za pomo­cą mło­dzie­żo­we­go slan­gu? Nie wiem. I im głę­biej brnę w tę nową deh­ne­low­ską fra­zę, tym bar­dziej rady­kal­na alter­na­ty­wa sta­je mi przed ocza­mi: albo książ­ka jest nie­do­pra­co­wa­na, albo poeta posta­no­wił zmie­nić dotych­cza­so­wą stra­te­gię i zagrać na nosie histo­ry­kom lite­ra­tu­ry. Jeśli praw­dzi­wy jest dru­gi człon tej alter­na­ty­wy, to ową kako­fo­nię nale­ża­ło­by uspra­wie­dli­wiać w jeden tyl­ko spo­sób: wykład jest niczym bez prak­ty­ki, a pro­blem komu­ni­ka­cji nale­ży nie opi­sać, lecz zade­mon­stro­wać.

Być może neo­kla­sy­cyzm Jac­ka Deh­ne­la jest zatem na tyle odważ­ny, że nie boi się roz­sze­rzać swe­go pola oddzia­ły­wa­nia. Jeśli ma w sobie tyle siły, by stać się anti­do­tum na zani­ka­nie świa­ta, to nale­ży potrak­to­wać go poważ­nie. Pięk­ne i trwa­łe rze­czy – oto, co pozwa­la choć­by o kil­ka chwil prze­dłu­żyć tę naszą dziw­ną wizy­tę we Wszech­świe­cie:

Musisz powró­cić samo do minio­nych zna­czeń,
Choć tylu błą­dzi, mając cię za kawał mię­sa.
„Ser­ce to miej­sce, w któ­rym się kocha i pła­cze.”
Wyja­śnie­nie? Ty głę­biej swym biciem się wwier­casz.


[1] Cze­sław Miłosz, źle o fil­mie, „Tygo­dnik Powszech­ny” 35 (2825) 2003, za: Ryszard Misz­czyń­ski, Andrzej Tar­no­pol­ski, Filo­zo­fia a mass media, „Dia­me­tros” nr 4/2005.
[2] Gio­van­ni Sar­to­ri, Homo videns. Tele­vi­sio­ne e post-pen­sie­ro.
[3] Ryszard Misz­czyń­ski, Andrzej Tar­no­pol­ski, Filo­zo­fia a mass media, „Dia­me­tros” nr 4/2005.
[4] Zbi­gniew Zabo­row­ski, świa­do­mość i samo­świa­do­mość czło­wie­ka, Wydaw­nic­two Psy­cho­lo­gii i Kul­tu­ry ENETEIA, War­sza­wa 1998, za: Ryszard Misz­czyń­ski, Andrzej Tar­no­pol­ski, Filo­zo­fia a mass media, „Dia­me­tros” nr 4/2005.

O autorze

Marcin Orliński

Urodzony w 1980 roku. Poeta, krytyk literacki, publicysta. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim i studiów doktoranckich w Instytucie Badań Literackich PAN. Redagował rubrykę „Wiersz Przekroju” w tygodniku „Przekrój” i serię wydawniczą „Biblioteka Debiutów” przy „Zeszytach Poetyckich”. Mieszka w Warszawie.

Powiązania