recenzje / ESEJE

Szczera róża

Bogusław Kierc

Esej Bogusława Kierca towarzyszący wydaniu książki Rafała Wojaczka Prawdziwe życie bohatera, która ukazała się w Biurze Literackim 11 maja 2020 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Wyda­je mi się jed­nym z naj­pięk­niej­szych wier­szy Rafa­ła Wojacz­ka. Taka egzal­to­wa­na aksjo­lo­gia może śmie­szyć. Pew­nie powi­nien bym, zamiast takie­go wyzna­nia, docie­kli­wie zana­li­zo­wać tekst, uwy­dat­nić jego topo­sy i tro­py wyobraź­ni, odsło­nić utaj­nie­nia ero­ty­ki auto­ra.

No tak, ale moje rela­cje z tym wier­szem są nad wyraz oso­bi­ste, rzekł­bym: nie­bez­piecz­nie oso­bi­ste. Uoso­bio­ny począ­tek poezji jest mi feno­me­nem tak bli­skim i for­mu­łu­ją­cym mnie, że mógł­bym powie­dzieć, że nie­mal wszyst­kie moje tak zwa­ne (jak u Joyce’a) epi­fa­nie są kon­se­kwen­cją spo­tka­nia z uoso­bio­nym począt­kiem poezji.

Cie­ka­we, czy gdy­bym zwró­cił się do któ­rejś z tych osób, któ­re mam za począ­tek poezji, przy­ję­ły­by moją wdzięcz­ność (i uta­jo­ną ado­ra­cję) za coś kon­kret­nie oczy­wi­ste­go w docze­snej wymia­nie darów. Chy­ba nie. A sam pew­nie uzna­ny był­bym za sen­ty­men­ta­li­stę, uwie­dzio­ne­go natchnie­niem zesła­nym przez wizję ucie­le­śnio­ną w powa­bie tych upo­sta­cio­wań abs­trak­cyj­nych pojęć Miło­ści. Bo począ­tek poezji (Począ­tek Poezji) jest, śmiej­cie się, śmiej­cie, miło­ścią. Co stwier­dza­jąc, nicze­go nie odkry­wam ‒ podzie­lam prze­ko­na­nie Man­delsz­ta­ma, dla któ­re­go wiersz był aktem miło­ści. I prze­cież nie tyl­ko dla nie­go.

W czerw­cu 1969 roku spo­tka­li się w Asto­rii (zako­piań­skim domu pra­cy twór­czej) i praw­do­po­dob­nie przy­pa­dli sobie – jak to się mówi – do gustu, prze­by­wa­ją­cy tam, sty­pen­dy­sta Związ­ku Lite­ra­tów Pol­skich Rafał Woja­czek i wybit­ny tłu­macz lite­ra­tu­ry fran­cu­skiej, kry­tyk Julian Rogo­ziń­ski, któ­re­go Rafał (w liście do ojca) wymie­nia wśród „zna­ko­mi­tych” pen­sjo­na­riu­szy obok Sta­ni­sła­wa Lema i Janu­sza Macie­jew­skie­go. Był tam tak­że wte­dy Kazi­mierz Ratoń [któ­re­mu „Miło (…) było poznać czło­wie­ka o złym samo­po­czu­ciu i obo­jęt­ne­go”] i „dwie jakieś wiel­ce powścią­gli­we nie­sta­re nie­wia­sty i jed­na sta­ra”.

Rogo­ziń­skie­mu zade­dy­ko­wał ten wiersz, powsta­ły – jak oznaj­mia w liście – przy jego „cią­głej obec­no­ści (…) za drzwia­mi, na scho­dach i na uli­cy”. Myślę, że więk­szą „atrak­cją” był dla Rogo­ziń­skie­go Woja­czek niż dla Wojacz­ka Rogo­ziń­ski, choć Rafał pew­nie ina­czej to widział. Był w tym Domu Pra­cy Twór­czej „praw­dzi­wym” lite­ra­tem, któ­re­mu „śnia­da­nie dostar­cza­ją do łóż­ka”. Roz­mo­wy z, obcu­ją­cym w ich języ­ku, „wyra­zi­cie­lem” Pro­usta (któ­re­go w Asto­rii czy­tał i któ­ry „dostar­czał” mu „zmien­nych wra­żeń”), Bec­ket­ta, Duma­sa, Cendrars’a, świet­nym lite­ra­tu­ro­znaw­cą i kry­ty­kiem, były z pew­no­ścią czymś nobi­li­tu­ją­cym, a zara­zem potwier­dza­ją­cym waż­ność i jedy­ność Rafa­ła w tym świat­ku lite­rac­kim.

Skąd się wzię­ła Atlan­ty­da? Nie­wy­klu­czo­ne, że w ich roz­mo­wach Tatry poja­wi­ły się jako morzysz­cze po Atlan­ty­dzie, zwa­żyw­szy na szcze­gól­ne poczu­cie humo­ru obu panów. A może zabłą­kał się tam jakiś Pla­ton?

Myślę sobie, że rów­nież zda­nie „O, począ­tek poezji swo­imi cho­dzi dro­ga­mi” może być efek­tem poran­ne­go spo­tka­nia przy śnia­da­niu albo przy obie­dzie, bo śnia­da­nie mogło wszak być poda­ne do łóż­ka.

Nie pytam o „dro­gie­go chłop­ca” ze snu. Kim jest, kim był po tej stro­nie jawy. Jeśli był.

Błęd­na prze­łęcz, kierp­ce sple­cio­ne z włó­kien ciszy jakoś przy­wo­dzą na myśl oko­licz­no­ści zako­piań­skie­go „szta­fa­żu” pod­czas poby­tu Rafa­ła w tym sie­dli­sku przy Dro­dze do Bia­łe­go. Zako­pa­ne jako Atlan­ty­da? Ści­ślej – morzysz­cze po Atlan­ty­dzie żeń­sko zan­to­po­mor­fi­zo­wa­ne? (Nie wiem, czy poję­cie morzysz­cza było Rafa­ło­wi przy­dat­ne. Ale mogło było, choć­by po lek­tu­rze Przy­bo­sia „Miej­sca dwu mórz”). I rap­tem w tej żeń­skiej prze­łę­czy, błęd­nej, ale jakoś ści­śle okre­ślo­nej – mię­dzy pier­sia­mi – jawi się „począ­tek poezji” jako „dro­gi chło­piec”. Drwią­cy ze snu (w któ­rym i któ­rym jest) i z poety, któ­re­mu się śni, uka­zu­jąc nie tyl­ko dziew­czę­cą wdzięcz­ną maskę, ale całą resz­tę nago­ści. Resz­tę, bo sto­py obu­te ma w kierp­ce sple­cio­ne z włó­kien ciszy i dło­nie umyśl­nie wci­snął w ręka­wicz­ki, tak by odci­sków pal­ców nie zwę­szył głód poety, i jesz­cze chłod­ny hełm ma na gło­wie, gdyż nie pod­pa­la mu wło­sów nawet roz­pę­dzo­ny pro­mień jasno­wi­dze­nia. Pro­mień jasno­wi­dze­nia śnią­ce­go poety.

Drwią­cy ze snu i śnią­ce­go, dro­gi chło­piec, budzi w nim jed­nak pra­gnie­nie, czy nawet żądzę, by dotknął, potknął się „o kłącze/ Żądzy, któ­re nie­kie­dy aż poza sen wyra­sta”.

Nie wiem, czy poza snem, czy poza zako­piań­ską (roz­przę­żo­ną, jak wyni­ka to z listów do ojca) jawą moż­na szu­kać owe­go „dro­gie­go chłop­ca” będą­ce­go wcie­le­niem „począt­ku poezji”.

Doszu­ki­wa­nie się tro­pów homo­sek­su­al­nych może dopro­wa­dzić do efek­tów pięk­nie zaprze­cza­ją­cych takiej względ­nej oczy­wi­sto­ści.

Nagi jak szcze­ra róża chło­piec jest kimś (czymś?) nie­sa­mo­wi­cie wyjąt­ko­wym wśród boha­te­rów wier­szy Rafa­ła Wojacz­ka. Bez­wstyd­ne oznaj­mie­nie, że „gdy­bym był kobie­tą daw­no miał­bym w ustach”, moż­na by uznać za doko­na­ne. Cie­le­sna, ero­tycz­na meta­fo­ra począt­ku poezji tym jest wła­śnie: mam w ustach nagość szcze­rej róży. Tymi usta­mi wypo­wia­dam każ­dy Począ­tek Poezji.

Tak napi­sa­ne, sta­je się „poetycz­no­ścią”. Tak napi­sa­ne o tym, co napi­sał Woja­czek. A tu nie o poetycz­no­ści, czy nawet poetyc­ko­ści mowa.

Pod tytu­ło­wym pyta­niem „Czy wiersz może nie być kobie­tą” , poda­na nam jest jego ampli- fika­cja: ten, co stał się, mnie jedząc/ Wiersz ran­kiem napi­sa­ny, nakar­mio­ny nocą,/ Czyż może nie być kobie­tą?”

W naiw­nej zaba­wie chcia­ło­by się odpo­wie­dzieć: nie może. W takich „oko­licz­no­ściach”.

Trud­no dzi­siaj dociec, czy „Począ­tek poezji” jest wier­szem ran­kiem napi­sa­nym, ale, że – „nakar­mio­ny nocą”, sam mówi. Zatem wiersz, ten wiersz, jest kobie­tą i warun­ko­we „gdy­bym był” poety prze­mie­nia się w doko­na­ne. Ale pamię­taj­my o róży Rafa­ła Wojacz­ka, że jest różą życia. Bez nad­użyć meta­fo­rycz­nych w jego mistycz­nym roza­rium.

W wier­szu „Dał się nabrać na język, któ­re­go nie było” pisze o tym (sobie), któ­ry przeżył/ Stu­war­go­wą różę nie do całowania.// – Kara­to­wą różę/ Nie do wyra­że­nia?”.

Szcze­ra róża chło­pię­cej nago­ści snu jest tą samą różą. Nie do cało­wa­nia. Nie do wyra­że­nia.

W ustach.

O autorze

Bogusław Kierc

Poeta, aktor, reżyser, pedagog. Edytor utworów Rafała Wojaczka, dramaturg. Mieszka we Wrocławiu.

Powiązania