recenzje / ESEJE

Wesoły pielgrzym, czyli jak walczyć ze współczesną idyllą

Przemysław Koniuszy

Recenzja Przemysława Koniuszego z książki Wyszedłem szukać Leopolda Staffa w wyborze Justyny Bargielskiej.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Naj­now­szy, moż­na rzec: tema­tycz­ny wybór wier­szy Leopol­da Staf­fa pod tytu­łem (oczy­wi­ście zaczerp­nię­tym z jed­ne­go utwo­ru) Wysze­dłem szu­kać został doko­na­ny przez Justy­nę Bar­giel­ską, poet­kę mło­de­go poko­le­nia, autor­kę m.in. nagra­dza­nych „Obso­le­tek”. Twór­czość tego poety jest abso­lut­nym ewe­ne­men­tem w ska­li całej pol­skiej poezji. Przy­pa­da­ją­ca na trzy bar­dzo burz­li­we epo­ki (Mło­da pol­ska, dwu­dzie­sto­le­cie mię­dzy­wo­jen­ne, cza­sy powo­jen­ne), nie­ustan­nie ewo­lu­ują­ca, poszu­ku­ją­ca nowych form, sta­ła się do tego stop­nia wie­lo­wy­mia­ro­wa, że nie spo­sób się w niej odna­leźć. Niniej­sza publi­ka­cja zawie­ra jed­nak pew­ne wska­zów­ki inter­pre­ta­cyj­ne. Odnaj­dzie­my na jej koń­cu dwa krót­kie tek­sty. Pierw­szy z nich jest reflek­sją autor­ki zbio­ru na temat poezji Leopol­da Staf­fa, nato­miast dru­gi krót­ką jego bio­gra­fią. Oba są jedy­nie „zapał­ką”, a nie wiel­ką „pochod­nią” mają­cą pomóc swo­im świa­tłem w trak­cie lek­tu­ry. Wypa­da zauwa­żyć, iż w tym przy­pad­ku takie postę­po­wa­nie jest bar­dzo uza­sad­nio­ne – deko­do­wa­nie zna­czeń tych utwo­rów będzie prze­ży­ciem zbyt intym­nym, aby zakłó­cać je nie­po­trzeb­ny­mi inge­ren­cja­mi z „zewnątrz”. Wie­lo­krot­nie przyj­dzie nam przy­jąć posta­wę „Weso­łe­go piel­grzy­ma” (jak sam sie­bie nazwał nie­gdyś Leopold Staff), któ­ry lawi­ru­je pomię­dzy dyna­micz­ny­mi obra­za­mi poetyc­ki­mi w poszu­ki­wa­niu ukry­te­go dla czy­tel­ni­ka skar­bu zna­czeń. War­to choć w zni­ko­mym stop­niu prze­śle­dzić ich róż­no­rod­ność, aby uświa­do­mić sobie mno­gość poru­sza­nych w tym zbio­rze tema­tów.

Poeta ape­lu­je, aby nie inspi­ro­wać się doświad­cze­nia­mi wcze­śniej­szych poko­leń, któ­re w grun­cie rze­czy bar­dzo się róż­nią od współ­cze­snych, uczest­ni­czą­cych w cał­kiem innych pro­ce­sach. Pod­sta­wo­wym warun­kiem unik­nię­cia zbli­ża­ją­cej się nie­uchron­nie kata­stro­fy jest nie­po­wie­la­nie „nawy­ków” i „nało­gów” naszych poprzed­ni­ków. Jedy­nie kształ­to­wa­nie wła­sne­go wnę­trza wyda­je się być zespo­łem czyn­no­ści przy­no­szą­cym wymier­ne korzy­ści. Strach odczu­wa­ny pod­czas roz­my­śla­nia nad przy­szło­ścią jest tyl­ko złu­dze­niem, wywo­ły­wa­nym przez ima­gi­na­cję, któ­ra tyl­ko cze­ka na nało­że­nie sobie przez nas na ple­cy „płót­na ze stra­chem” z wier­sza „Płót­no żywo­ta”. Autor nie sku­pia się jedy­nie na per­spek­ty­wie ludz­kiej – tak­że los zwie­rząt jest mu bar­dzo bli­ski. W utwo­rze pod tytu­łem „Zwóz­ka” podzi­wia psz­czo­ły za ich nie­usta­ją­cą chęć powro­tu do ula, do miej­sca będą­ce­go miej­scem ich naro­dzin i hipo­te­tycz­nej śmier­ci. Nawet te nie­po­zor­ne stwo­rze­nia potra­fią wal­czyć o swój dobro­byt z osa­mi, któ­re zosta­ły tutaj przed­sta­wio­ne jako „mio­dów rabu­sie”, paso­ży­tu­ją­ce na czy­jejś cięż­kiej pra­cy. Innym przy­kła­dem wyko­rzy­sta­nia tego moty­wu w ana­li­zo­wa­nym zbio­rze może być wiersz „Ciąg żura­wi” będą­cy tyl­ko pozor­nie kolej­nym warian­tem wyeks­plo­ato­wa­ne­go już obra­zu poetyc­kie­go. Pta­ki te, z żało­ścią ucie­ka­ją­ce przed mar­twą, jesien­ną przy­ro­dą, zosta­ły porów­na­ne do „pły­ną­ce­go” wes­tchnie­nia, jęku i krzy­ku tęsk­no­ty przed odcho­dzą­cą już epo­ką. Wszy­scy je żegna­ją, wszy­scy chcie­li­by podą­żyć ich śla­dem, będą­cym zawo­alo­wa­ną zapo­wie­dzią przy­szłej odno­wy. Nie­ste­ty, pozo­sta­je im tyl­ko „Dłu­go za nimi pozie­rać łza­wie” (s. 7). Nawet pod­miot lirycz­ny pod­dał się tej poku­sie. On jed­nak jest czło­wie­kiem znie­wo­lo­nym – musi pozo­stać na zie­mi, aby towa­rzy­szyć swo­im „smut­kom” i cier­pie­niom, któ­re bez jego opie­ki szyb­ko ule­gły­by znisz­cze­niu. Za kil­ka chwil, gdy pta­ki znik­ną za linią hory­zon­tu, jedy­nym śla­dem ich poby­tu na sce­nie „dra­ma­tu życia” pozo­sta­ną wes­tchnie­nia nigdy nie­za­zna­nej rado­ści. Już w następ­nym wier­szu („Druh”) powra­ca do tema­tów meta­fi­zycz­nych. Leopold Staff uwa­ża, że przez całe życie podą­ża za czło­wie­kiem „cień”, któ­ry na począt­ku mówi: „Dobry dzień!”, a na poże­gna­nie „Dobra­noc!” – smut­ne jest jed­nak to, że praw­do­po­dob­nie tytu­ło­wa „isto­ta” musi wraz z nami odejść z tego świa­ta, aby w innym wymia­rze nadal śle­dzić nasze poczy­na­nia. Świa­do­my jest tak­że siły lite­ra­tu­ry, któ­ra w spo­sób ducho­wy potra­fi połą­czyć losy cał­ko­wi­cie obcych sobie ludzi. Nie wszyst­ko jed­nak wyda­je się być takie oczy­wi­ste – już w następ­nym utwo­rze oświad­cza, że „moż­na kochać i nie wie­dzieć o tem!” – czło­wiek nie ma więc moż­li­wo­ści pano­wa­nia nad swo­imi uczu­cia­mi, co dopro­wa­dza do oczy­wi­ste­go znie­wo­le­nia. W ryt­mie życia kry­je się praw­da o jego prze­zna­cze­niu oraz pra­wo do dzia­łań prze­ło­mo­wych, mogą­cych zmie­nić obli­cze świa­ta: „Do dumy, do wiel­ko­ści, do świa­tów zdo­by­cia”, lecz wszyst­ko może zostać bar­dzo szyb­ko odrzu­co­ne przez „lęk życia”, przez bojaźń przed nie­zna­nym wro­giem. Waż­na jest zatem pamięć o wła­snych błę­dach i chwi­lach, któ­re łago­dzą tak zwa­ny „ból ist­nie­nia”, rzecz jasna nie tyl­ko fizycz­ny. Poja­wia się więc kon­sta­ta­cja, iż nie war­to żało­wać prze­szłych, nie­wy­ko­rzy­sta­nych moż­li­wo­ści. Poeta świa­do­my jest tak­że jak ogrom­ną rolę w życiu czło­wie­ka (nazy­wa­ne­go przez pod­miot lirycz­ny „synem zie­mi”) odgry­wa wia­ra. Dzię­ki niej nie zawsze musi­my śle­po wie­rzyć w prze­zna­cze­nie, tęsk­no­tę i wier­ność. Jed­nak wia­ra przod­ków wyda­je się być już zbyt zamierz­chłą, aby nadal ufać jej „wróż­bom” i „Dro­dze”. Tym samym naj­bar­dziej dra­ma­tycz­niej­szym błę­dem isto­ty ludz­kiej jest jej wyod­ręb­nie­nie z „gle­by”, z mate­rii spo­łe­czeń­stwa, będą­ce­go fun­da­men­tem ist­nie­nia. Doko­nu­je licz­nych prób jed­nost­ko­we­go uję­cia miło­ści, jako wal­ki toczo­nej na pogra­ni­czu szczę­ścia i zbrod­ni, któ­rej owo­cem może być tyl­ko pul­su­ją­ce „źró­dło” klę­ski. Zauwa­ża upły­wa­ją­cy czas – wie, że jego kres jest już bli­ski: „Mnie jesień cze­ka, tobie wio­sna wscho­dzi” (s. 16), co dopro­wa­dza do „żalu wyrze­cze­nia”. Uzna­je sie­bie za isto­tę nie­waż­ną („Jestem robak maleń­ki” [s. 17]), któ­ra jest tyl­ko paso­ży­tem czer­pią­cym ener­gię z „owo­cu” nie­ma­ją­ce­go praw­do­po­dob­nie swo­jej „jabło­ni”, „sadu” i „ogrod­ni­ka”. Nie rozu­mie dla­cze­go Bóg musi „rodzić się przez wiecz­ność” (s. 18), jak­by ktoś z nas, obec­nych tutaj na zie­mi, prze­szka­dzał mu w tej intym­nej chwi­li.

Siód­my już tom serii „44. Poezja pol­ska od nowa” poka­zu­je, że war­to powra­cać do twór­czo­ści „kla­sy­ków”, aby uświa­do­mić sobie jak kształ­to­wa­ny przez nich świat poetyc­ki ma licz­ne kon­se­kwen­cje (odnie­sie­nia) we współ­cze­snych doko­na­niach twór­czych. Życz­my sobie więc, aby wie­lu miło­śni­ków lite­ra­tu­ry „wycho­dzi­ło szu­kać” i nie pozo­sta­wa­ło we wła­snym, tok­sycz­nym świe­cie, w któ­rym szczyt­ne idee bar­dzo szyb­ko koro­du­ją.


Tekst pier­wot­nie uka­zał się na stro­nie Biblio­te­ka Mło­de­go Czło­wie­ka. Dzię­ku­je­my Auto­ro­wi za wyra­że­nie zgo­dy na ponow­ną publi­ka­cję.

O autorze

Przemysław Koniuszy

Krytyk literacki. Publikuje w czasopismach i na stronie szelestkartek.pl.

Powiązania