wywiady / o książce

Poza czasem, poza stylem

Aleksandra Olszewska

Artur Burszta

Filip Łobodziński

Rozmowa Artura Burszty i Oli Olszewskiej z Filipem Łobodzińskim, towarzysząca wydaniu książki Patti Smith Nie gódź się, która ukazała się w Biurze Literackim 18 lutego 2019 roku.

Biuro Literackie

Artur Bursz­ta: Kie­dy po raz pierw­szy usły­sza­łeś Pat­ti Smith? 

Filip Łobo­dziń­ski: Pytasz, kie­dy świa­do­mie? Bo mogłem sły­szeć na zasa­dzie brzę­cze­nia gdzieś w radiu albo u kogoś z kase­ty wcze­śniej, ale świa­do­mie to musia­ło być w koń­ców­ce lat 70., może w 1979 roku, kie­dy zaczy­na­łem się już moc­no wsłu­chi­wać w post-punk, nową falę itp. Dla kogoś wycho­wa­ne­go na Trój­ko­wych audy­cjach, gdzie kró­lo­wa­ły albo wspo­mnie­nia po cza­sach hip­pi­sow­skich, albo rock pro­gre­syw­ny, był to czas nie­mal rady­kal­ne­go zerwa­nia z dzie­ciń­stwem. Tak to nowa, mło­da muzy­ka pozwo­li­ła mi nie­co doro­snąć. Ale wte­dy Pat­ti Smith wyda­ła mi się zbyt melo­dyj­na, zbyt pio­sen­ko­wa. Wte­dy lubi­łem znacz­nie agre­syw­niej­sze wyciecz­ki. Nie czu­łem w niej pazu­ra, któ­ry prze­cież tam był.

A.B.: Kie­dy go poczu­łeś? 

Chy­ba dopie­ro w 1986 albo 1987 roku, kie­dy zaczą­łem czę­sto bywać u Grześ­ka Brzo­zo­wi­cza i wła­ści­wie on mnie zara­ził. Ale to też przy­cho­dzi­ło stop­nio­wo. Bar­dzo mnie wzię­ły pierw­sze dwie pły­ty, a już Easter i Wave nie. Potem Grze­siek miał audy­cję w Trój­ce, jesz­cze zanim powsta­ło „Radio Clash”, do któ­re­go dołą­czy­łem chy­ba w 1989 roku, i pamię­tam, że zapro­sił mnie do tej audy­cji. Obaj „wiesz­czy­li­śmy” powrót do ryt­micz­ne­go roc­ka gita­ro­we­go po latach elek­tro­nicz­nej smu­ty ejti­sów. Pamię­tam, że gra­li­śmy kawał­ki z End of the Mil­len­nium Psy­cho­sis Blu­es That Petrol Emo­tion, New York Lou Reeda, This Note’s for You Neila Youn­ga i Dre­am of Life Pat­ti Smith. W natu­ral­ny spo­sób wra­ca­łem ze stu­dia do domu, a w gło­wie fru­wał mi refren „People Have the Power”.

A.B.: W cza­sach „elek­tro­nicz­nej smu­ty” Pat­ti Smith zro­bi­ła sobie pierw­szą dłuż­szą prze­rwę. Wave uka­za­ło się w 1979 a Dre­am of Life w 1988 roku. Po tej pły­cie kolej­na prze­rwa do Gone Aga­in w 1996 roku. Ty zała­pa­łeś się na ten pierw­szy powrót, a ja na ten dru­gi. Gone Aga­in to była pierw­sza pły­ta Pat­ti Smith, któ­rą świa­do­mie prze­słu­cha­łem. Wcze­śniej była to pobież­na zna­jo­mość. Pamię­tam np. kolek­cję jej płyt winy­lo­wych, któ­rą w tym cza­sie pochwa­lił mi się Woj­tek Wil­czyk. Kamil Sipo­wicz opo­wia­dał mi, że wraz z Korą zasłu­chi­wa­li się w Pat­ti zaraz po pierw­szych pły­tach w latach 70. Ola jest z jesz­cze inne­go rocz­ni­ka i „zali­czy­ła” kon­cert Pat­ti na Off Festi­va­lu w 2015 roku, na któ­rym publicz­ność sta­no­wi­ły głów­nie oso­by uro­dzo­ne w latach 80. i na począt­ku 90. Róż­ne więc są te nasze muzycz­ne przy­go­dy. Pat­ti Smith ma chy­ba naj­bar­dziej prze­kro­jo­wą publicz­ność z wszyst­kich arty­stek, jakie przy­cho­dzą mi teraz do gło­wy. W rów­nym stop­niu oddzia­łu­je na rówie­śni­ków (czy­li oso­by po 70.) i uro­dzo­nych w latach 90. Skąd bie­rze się ten feno­men?                                 

Może stąd, że – dla mnie przy­naj­mniej – jest poza cza­sem, poza sty­lem, nie jest świad­kiem epo­ki, ale jakie­goś inne­go wymia­ru. No i jest czy­tel­na oraz spój­na, tam się wszyst­ko zga­dza, łącz­nie z jej może nie­co naiw­ną, ale poczci­wą wia­rą w moc sło­wa i wspól­ne­go gło­su ludzi. Impo­nu­ją nam cyni­cy, któ­rzy odzie­ra­ją świat ze złu­dzeń, ale ide­alist­ka pokro­ju Pat­ti Smith zawsze dzia­ła ożyw­czo. Zwłasz­cza że jej prze­sła­nie nie wyda­je się wykal­ku­lo­wa­ne, ona napraw­dę taka jest, jak się przed­sta­wia w pio­sen­kach. Tyle przy­naj­mniej moż­na wywnio­sko­wać tak­że z jej pro­zy, wywia­dów i roz­mów bez­po­śred­nich. Coś, co może kie­dyś było arty­stow­ską pozą mło­dzień­czą, weszło w jej DNA. Pat­ti Smith nie musi nicze­go udo­wad­niać, nie zabie­ga, nie plą­sa przed publicz­no­ścią. Ta wia­ry­god­ność i jed­nak kon­se­kwen­cja arty­stycz­na budzą sza­cu­nek.

Nawia­sem mówiąc, Gone Aga­in to też pły­ta, któ­rą jako pierw­szą sobie kupi­łem.

Ola Olszew­ska: Coś w tym jest, bo pamię­tam jak po kon­cer­cie w Doli­nie Char­lot­ty jeden z dzien­ni­ka­rzy – zdzi­wio­ny śred­nią wie­ku na Festi­wa­lu Legend Roc­ka – porów­nał Pat­ti Smith do „rebe­lianc­kiej suro­gat­ki, mat­ki zastęp­czej” dla kolej­nych poko­leń mło­dych kobiet, dla któ­rych jest nie tyl­ko iko­ną roc­ka, ale też kobie­cym wzo­rem – part­ner­ki, przy­ja­ciół­ki, artyst­ki, mat­ki. Jak Ty to widzisz z męskiej per­spek­ty­wy, za co cenisz ją naj­bar­dziej?

Za wia­ry­god­ność wła­śnie i za to, że poświad­cza ją muzy­ką, któ­ra do mnie prze­ma­wia, bo są arty­ści szcze­rzy, ale któ­rzy mnie este­tycz­nie nie rusza­ją. Podo­ba mi się, że tym swo­im nie­kie­dy sza­mań­stwem wykra­da tery­to­ria przy­pi­sy­wa­ne face­tom – takim jak Jim Mor­ri­son, Lou Reed, Micha­el Gira. A ponie­waż sama czę­sto pod­kre­śla, że jej twór­czość nie ma płci, to jej ewi­dent­na kobie­cość dosta­je jak­by nowe­go szwun­gu. Tak jak­by mówi­ła: jestem kobie­tą, ale to nie ma zna­cze­nia (ale jed­nak jestem kobie­tą). Nie jest dla mnie typo­wą twór­czy­nią femi­ni­stycz­ną, jest huma­ni­stycz­na, jest w peł­ni i świa­do­mie arty­stycz­na, tak bym to okre­ślił. Nie uwo­dzi na sce­nie, więc nie MUSZĘ o niej myśleć jako o kobie­cie, ale też nie kry­je kobie­cej czu­ło­ści, więc nie MUSZĘ w niej widzieć babo­chło­pa. Na sce­nie widać u niej miłość, strach, gniew, ale rów­nież eru­dy­cję, pamięć, inte­lekt. To szczę­śli­wie są cechy nie­uza­leż­nio­ne od płci, za to bar­dzo moc­no zwią­za­ne z czło­wie­czeń­stwem – przy­naj­mniej w pozy­tyw­nym sen­sie.

O.O.: Czy to wła­śnie ta „poza­pł­cio­wość” pozwo­li­ła Tobie jako tłu­ma­czo­wi wejść w jej tek­sty?

Nigdy nie wiem, co mi pozwa­la „wejść” w tek­sty, jestem tłu­ma­czem intu­icyj­nym. Pro­ces prze­kła­du lite­rac­kie­go ma u mnie postać bli­ską halu­cy­na­cji, impro­wi­za­cji na zada­ny temat. Czu­ję się jak jazz­man, któ­ry wła­śnie wszedł na sce­nę w środ­ku utwo­ru i ma coś zagrać tak, by innym nie prze­szka­dzać, a opty­mal­nie stwo­rzyć coś kom­pa­ty­bil­ne­go, pięk­ne­go i nowe­go. Przy Pat­ti Smith naj­bar­dziej oba­wia­łem się roz­dź­wię­ku gen­de­ro­we­go, ale w pew­nym momen­cie prze­sta­łem o to dbać. Może postą­pi­łem tak, jak ona sama (oczy­wi­ście toutes pro­por­tions gar­dées), kie­dy w utwo­rze „Stran­ge Mes­sen­gers” nagle ode­szła od napi­sa­ne­go tek­stu i pozwo­li­ła mówić przez sie­bie czar­nej Ame­ry­kan­ce, zroz­pa­czo­nej sta­nem swo­jej spo­łecz­no­ści. Otwo­rzy­łem w sobie kanał dla Pat­ti Smith i szu­ka­łem tyl­ko odpo­wied­nich słów w pol­sz­czyź­nie. Poza tym fak­tycz­nie – ona mnie ośmie­li­ła swo­imi tek­sta­mi, więc jak­kol­wiek by było, zaczą­łem się utoż­sa­miać z jej sło­wa­mi, zaczę­ły one we mnie rezo­no­wać. Może zatem to spraw­ka „poza­pł­cio­wo­ści”. Pamię­ta­łem o niej oczy­wi­ście, kie­dy na serio bra­łem się za prze­kła­dy, potrak­to­wa­łem „poza­pł­cio­wość” jako moją prze­pust­kę, że mi w ogó­le wol­no tu wcho­dzić i się pano­szyć. Ale czy ona efek­tyw­nie mi pomo­gła – nie wiem. Pew­nie w dużej mie­rze tak. Naj­pew­niej dobrą odpo­wiedź dała­by na to jakaś pol­ska wiel­bi­ciel­ka Pat­ti Smith, a więc kobie­ta czu­ją­ca tę twór­czość i potra­fią­ca odnieść ducha ory­gi­na­łów do ducha prze­kła­dów. Mogła­by odpo­wie­dzieć, czy coś jej zgrzy­ta, jakaś męska koń­ców­ka się try­ni, gdzie nie była pro­szo­na…

 A.B.: W „Stran­ge Mes­sen­gers” pada fra­za: „Prze­cież jestem męż­czy­zną i bratem/ prze­cież jestem też kobie­tą i sio­strą”. A co do wiel­bi­cie­lek, to choć ich nie bra­ku­je, roz­mów było kil­ka, to osta­tecz­nie wyzwa­nie prze­tłu­ma­cze­nia 70 pio­se­nek i wier­szy pod­jął się Filip Łobo­dziń­ski. Czy te tłu­ma­cze­nia by ist­nia­ły, gdy­by nie Two­je prze­kła­dy Dyla­na? I przy oka­zji jesz­cze jed­no pyta­nie. Czy tek­sty Pat­ti Smith były­by wła­śnie takie, gdy­by nie poja­wił się w muzy­ce ktoś taki jak Bob Dylan?      

No, wcho­dzi­my w gdy­ba­nie. Ja sobie w ogó­le nie umiem wyobra­zić świa­ta bez Dyla­na. To zna­czy – gdy­by poma­ni­pu­lo­wać przy prze­szło­ści i wyciąć Boba Dyla­na, to oka­za­ło­by się, jak wie­le zja­wisk nagle by znik­nę­ło z tego, co nas ota­cza. Już kie­dyś to powie­dzia­łem, może napi­sa­łem, że żad­na logi­ka roz­wo­ju dzie­jo­we­go nie wymu­si­ła poja­wie­nia się Dyla­na. Gdy­by zatem on został w tej swo­jej Min­ne­so­cie i han­dlo­wał gwoź­dzia­mi czy pra­co­wał w ośrod­ku szko­le­nia kie­row­ców, nie wia­do­mo, kie­dy i czy w ogó­le poja­wił­by się ktoś, kto skie­ro­wał­by muzy­kę roc­ko­wą na tere­ny, gdzie się tak­że myśli. W tym sen­sie bez Dyla­na mogło­by nie być Pat­ti Smith, podob­nie jak nie było­by Pau­la Simo­na, Joni Mit­chell, Pete’a Town­shen­da, Elvi­sa Costel­lo, PJ Harvey… Może histe­ry­zu­ję, ale sama Pat­ti opo­wia­da, że postać Dyla­na była jed­ną z moty­wa­cji, by swo­ją poezję pre­zen­to­wać poprzez muzy­kę, by z muzy­ki zro­bić plat­for­mę do prze­ka­zy­wa­nia poezji. A czy moje wcze­śniej­sze potycz­ki z Dyla­nem pomo­gły? Bez wąt­pie­nia. Ale nie cho­dzi wyłącz­nie o Dyla­na – każ­da pra­ca prze­kła­do­wa wzbo­ga­ca tłu­ma­cza o nowe doświad­cze­nia, otwie­ra kolej­ne zaka­mar­ki wraż­li­wo­ści. Jeśli zatem coś mi się uda­ło przy Pat­ti Smith, to zasłu­ga wcze­śniej­szej pra­cy z Dyla­nem, ale tak­że wcze­śniej­szej pra­cy z pro­zą Var­ga­sa Llo­sy, poezją hisz­pań­ską, pio­sen­ka­mi Georges’a Bras­sen­sa, auto­bio­gra­fią Mile­sa Davi­sa… Dylan na pew­no nauczył mnie szu­ka­nia pod­gle­bia, moż­li­wych inter­pre­ta­cji, źró­deł i tak dalej. W tym sen­sie Dylan tak, naj­bar­dziej.

A.B.: Wia­do­mo, jak bar­dzo oczy­ta­na jest Pat­ti Smith. Jak zafa­scy­no­wa­na jest Wil­lia­mem Blake’m i Arthu­rem Rim­baud. Kupi­ła nawet we Fran­cji dom tego ostat­nie­go. To, co mnie naj­bar­dziej pocią­ga w jej pisa­niu, to poetyc­ka tra­dy­cja, któ­ra jest wspól­nym mia­now­ni­kiem wie­lu jej tek­stów. Do tego stop­nia czu­ję się „zara­żo­ny” tą tra­dy­cją, że kie­dyś chciał­bym wydać Blake’a. Nama­wiam też Andrze­ja Sosnow­skie­go na wię­cej tłu­ma­czeń Rim­baud. Do inspi­ra­cji i fascy­na­cji Pat­ti Smith przy­zna­je się wie­lu pol­skich muzy­ków – choć nie zawsze słu­chać to w ich tek­stach. Jej pio­sen­ki, podob­nie jak u Dyla­na, to raczej śpie­wa­ne utwo­ry poetyc­kie. By pisać takie tek­sty, trze­ba zwy­czaj­nie bar­dzo dużo czy­tać. Czym te wier­sze mogą więc zain­te­re­so­wać współ­cze­snych pol­skich poetów? Z jakich powo­dów powin­ni oni się­gnąć po Nie gódź się?

Do wąt­ku fascy­na­cji pol­skich muzy­ków twór­czo­ścią Pat­ti Smith dorzu­cił­bym to, że jeden z tych naj­więk­szych miał wręcz pomysł, by prze­czy­ta­ła frag­ment swo­jej pro­zy na jego naj­now­szej pły­cie – istot­ne są zatem nie tyl­ko więc jej sło­wa, ale też jej głos. To dobit­nie świad­czy o jej wia­ry­god­no­ści – swo­ją oso­bo­wo­ścią daje szla­chet­ny stem­pel.

Poeci pol­scy powin­ni się­gać po Pat­ti Smith choć­by dla­te­go, że jest wyra­zi­sta, zara­zem inte­lek­tu­al­na i emo­cjo­nal­na, że drży w niej naprę­żo­na stru­na oso­bi­sta, ale roz­pię­ta na koł­kach eru­dy­cji. Pat­ti Smith bar­dzo pięk­nie łączy żar­li­wość i bez­po­śred­niość z namy­słem i oczy­ta­niem, wie­dzą. Poka­zu­je, jak bar­dzo moż­na krzy­czeć w spo­sób prze­my­śla­ny, choć nie wyra­cho­wa­ny. Ina­czej – nie tyle prze­my­śla­ny, ile zako­rze­nio­ny w kul­tu­rze, tra­dy­cji, tym wszyst­kim, co ją ukształ­to­wa­ło na dro­dze świa­do­mej samo­edu­ka­cji. Pat­ti Smith poka­zu­je, że potra­fi być zara­zem poet­ką intym­ną, jak i publicz­ną, że nie jest zamknię­ta w jed­nym „nur­cie” czy gatun­ku wraż­li­wo­ści, że zagar­nia sze­ro­ko. Może to uni­wer­sa­li­za­cja dro­bia­zgów? Reflek­sja nad małym gestem wpi­su­je się w myśl wymia­ru kosmicz­ne­go. Wiel­cy arty­ści, wiel­cy poeci to potra­fią – opo­wia­da­jąc nawet tyl­ko o sobie, opo­wia­da­ją o swo­ich odbior­cach i ich wspól­nym świe­cie. No i docho­dzi do tego wszyst­kie­go fakt, że to jest sprzę­żo­ne z gita­rą elek­trycz­ną – trud­no mi sobie wyobra­zić Zbi­gnie­wa Her­ber­ta w roc­ko­wym szta­fa­żu, a u Pat­ti Smith to jest natu­ral­ne. Pyta­nie tyl­ko, na ile taki ogląd wyni­ka z tego, co w ogó­le o niej wie­my. Czy gdy­by­śmy zna­li tyl­ko jej tek­sty, czu­li­by­śmy w niej roc­ko­wy nerw? Chy­ba tak, ryt­mi­ka wprost wyła­zi z wie­lu jej utwo­rów, począw­szy od „Glo­rii” przez „Anio­ły spy­taj”, „Taniec duchów”, „Ludzie mają siłę” po „Ban­gę”.

Prze­pra­szam, jesz­cze dorzu­cę taką obser­wa­cję – książ­ka Nie gódź się jest uło­żo­na chro­no­lo­gicz­nie, widać więc też, jak modu­lo­wa­ła się jej wraż­li­wość, od bynaj­mniej nie chu­li­gań­skiej czu­pur­no­ści po bynaj­mniej nie zba­bia­łą zadu­mę. A to też jest bar­dzo poucza­ją­ce.

A.B.: Jed­na z waż­nych osób z nasze­go lite­rac­kie­go śro­do­wi­ska na wia­do­mość, że jest już książ­ka, napi­sa­ła mi, że „Bar­dzo bra­ku­je w ten pod­ły czas dobrych tek­stów, do śpie­wa­nia, skan­do­wa­nia”. Powin­ni­śmy „co moc­niej­sze cyta­ty z tek­stów Pat­ti Smith wrzu­cać na FB, przez zna­jo­mych i przy­ja­ciół”. Czy fak­tycz­nie tek­sty Pat­ti Smith mogą peł­nić takie funk­cje?    

Tek­sty dobrych twór­ców, szcze­gól­nie tych zwią­za­nych z muzy­ką, są moim zda­niem przy­dat­ne ZAWSZE. Nato­miast war­to może zwró­cić uwa­gę, że wymiar jej poezji jest uni­wer­sa­li­stycz­ny i nie daje się zacią­gnąć w kama­sze żad­nej kon­kret­nej armii poli­tycz­nej. Nie mam zaufa­nia do tych, któ­rzy chęt­nie i bez pyta­nia czę­stu­ją się cudzą twór­czo­ścią, by wspie­rać wła­sne hasła, bo to i nie musi być upraw­nio­ne, i świad­czy o bez­rad­no­ści, sko­ro potrze­bu­je­my żyran­tów. Tym bar­dziej że nie zawsze lud rozu­mie, o czym im śpie­wa arty­sta, cze­go naj­gło­śniej­szym dowo­dem jest histo­ria „Murów” Jac­ka Kacz­mar­skie­go, ale doświad­czył tego tak­że Bru­ce Spring­ste­en, gdy Ronald Reagan w swo­jej kam­pa­nii wybor­czej posłu­żył się „Born in the U.S.A.”, bo nie obcza­ił, o co kaman. Pamię­tam, że Leonard Cohen w 1985 roku pod­czas pamięt­ne­go kon­cer­tu w Sali Kon­gre­so­wej powta­rzał złak­nio­nym jasnych dekla­ra­cji poli­tycz­nych, że „moja pieśń nie ma fla­gi”, co budzi­ło jęk roz­cza­ro­wa­nia.

Dla­te­go nie wiem, czy było­by dobrze powie­wać sztan­da­ra­mi z doraź­nie dobra­ny­mi cyta­ta­mi z Pat­ti Smith. Jej prze­sła­nie jest głęb­sze, odwo­łu­je się do huma­ni­zmu, do akcep­ta­cji wyklu­czo­nych. Przy tym jest głę­bo­ko udu­cho­wio­ne, prze­po­jo­ne fran­cisz­kań­skim obli­czem chrze­ści­jań­stwa, ale tak­że bud­dyj­ską czy­sto­ścią i cokol­wiek dziś kwe­stio­no­wa­ną wia­rą w szla­chet­ność Sztu­ki. Jasne, sama Pat­ti Smith nie­kie­dy na kon­cer­tach zda­je się nakła­niać nas do skan­do­wa­nia, szcze­gól­nie gdy roz­brzmie­wa „People Have the Power”. Ale ja od pie­śni maso­wych wolę te jej mniej doraź­ne, mniej agi­ta­cyj­ne utwo­ry w rodza­ju „Tań­ca duchów” czy „Dziw­nych posłań­ców” (pew­nie te wziął­bym na bez­lud­ną wyspę, gdy­bym mógł wziąć tyl­ko dwa), utwo­ry, któ­re inspi­ru­ją mnie do bycia lep­szym czło­wie­kiem. Dziś cza­sy wca­le nie są bar­dziej pod­łe niż kil­ka lat temu, a może i trze­ba się przy­go­to­wać na ciąg dal­szy. Świat w ogó­le nie jest faj­nym miej­scem. Pomi­mo tego, że żyje w nim kil­ko­ro wiel­kich arty­stów…

O.O.: To może wróć­my jesz­cze na chwi­lę do samej pra­cy prze­kła­do­wej. Jak wybie­ra­łeś tek­sty, któ­re osta­tecz­nie weszły do „Nie gódź się”? To Two­je ulu­bio­ne kawał­ki? Czy po prze­pra­co­wa­niu tych 70 tek­stów czu­jesz, że zna­la­złeś w tej twór­czo­ści dla sie­bie coś nowe­go, inne­go? Sło­wem: czy jako tłu­macz patrzysz na Pat­ti Smith ina­czej niż wte­dy, gdy „tyl­ko” jej słu­cha­łeś?

Prze­kła­dam tyl­ko te, któ­re lubię – ale lubię wię­cej. Te 70 utwo­rów to pewien kom­pro­mis pomię­dzy licz­bą, któ­ra była koniecz­na, a licz­bą wyma­rzo­ną, czy­li prze­kła­dem wszyst­kie­go. Wyda­je mi się, że sko­ro jest to opty­mal­ny por­tret, wyczer­pu­ją­co róż­nie pre­zen­tu­je Pat­ti Smith, więc speł­nia swo­je zada­nie. Chcia­łem, żeby był jak naj­róż­no­rod­niej­szy. I oczy­wi­ście – dziś Pat­ti Smith jest dla mnie inna, nie doce­nia­łem jej głę­bi, jej roz­mi­go­ta­nia tema­tycz­ne­go – umów­my się, kto tak uważ­nie wsłu­chu­je się w tek­sty, gdy muzy­ka powa­la? Z grub­sza wie­dzia­łem, co w nich jest, ale prze­kład wymu­sza lek­tu­rę naj­in­tym­niej­szą z moż­li­wych. Dziś jest więc dla mnie jak kalej­do­skop, jak pale­ta impre­sjo­ni­sty – peł­na róż­no­ści. Nawet nie umiem wska­zać, o co kon­kret­nie się wzbo­ga­ci­łem, tyle tego jest.

O.O.: Mnie nie­zmien­nie zadzi­wia spo­sób, w jaki Pat­ti Smith potra­fi pry­wat­ne, cza­sem nawet drob­ne wyda­rze­nie czy doświad­cze­nie prze­ło­żyć na sło­wo, a potem jesz­cze przejść do pozio­mu reflek­sji bar­dziej powszech­nej, huma­ni­stycz­nej. Ty, tłu­ma­cząc te tek­sty, musia­łeś zro­bić jesz­cze jeden krok, czy­li zna­leźć pol­skie sło­wo dla tego doświad­cze­nia. W jakich sytu­acjach pol­sz­czy­zna sta­wia­ła naj­więk­szy opór?

W utwo­rach, któ­rym struk­tu­rę narzu­ca muzy­ka i jej ryt­mi­ka, zawsze naj­więk­szy opór pol­sz­czy­zna sta­wia swo­ją roz­lew­no­ścią. Angielsz­czy­zna dzię­ki obfi­to­ści nio­są­cych zna­cze­nie słów jed­no­sy­la­bo­wych wyda­je się języ­kiem sza­le­nie lapi­dar­nym. Trze­ba zatem nie­jed­no­krot­nie żon­glo­wać odcie­nia­mi, kar­czu­jąc syla­by i doda­jąc od sie­bie jakieś dro­bia­zgi, by móc zacho­wać sens i ducha fra­zy. Trud­no to zbior­czo nazwać, bo każ­dy wybór trans­la­tor­ski ma wła­sną etio­lo­gię, pocią­ga za sobą i wymu­sza kolej­ne – gdy­bym w pew­nym momen­cie pod­jął inną decy­zję, dal­sze kro­ki mogły­by wyglą­dać zupeł­nie ina­czej (zresz­tą to rów­nież wska­zu­je, skąd się bio­rą róż­ne, rów­nie dobre prze­kła­dy). O dzi­wo, mniej pro­ble­mu spra­wiał mi sam świat tych utwo­rów, czy­li wła­śnie to eks­tra­po­lo­wa­nie prze­żyć intym­nych na wyra­ża­ne reflek­sje. Tu doko­ny­wa­łem po pro­stu odczy­ta­nia, mam nadzie­ję traf­ne­go, i ubie­ra­łem w pol­sz­czy­znę. Pyta­łem sam sie­bie, jak chciał­bym takie coś wyra­zić, gdy­bym to mówił ja, choć nie­cnie pod­szy­ty pod Pat­ti Smith. Jeśli tyl­ko zna­la­złem spo­sób, pod­szy­wa­łem się.

Od począt­ku moim celem było przy­go­to­wa­nie oko­ło 70 tytu­łów. Pra­cę roz­po­czą­łem w sumie nad 74, ale 4 mnie poko­na­ły. Może do cza­su.

O.O.: Gdy tyl­ko zoba­czy­łam w spi­sie tek­stów, któ­re pro­po­nu­jesz do książ­ki, pio­sen­kę „Bene­ath the Southern Cross”, gdzie fra­za jest bar­dzo krót­ka, ryt­micz­na, a wyko­na­nie Pat­ti Smith bli­skie skan­do­wa­nia, byłam bar­dzo cie­ka­wa, jak to się obro­ni po pol­sku, wła­ści­wie nie mogłam sobie tego nawet pomy­śleć po pol­sku. Zwłasz­cza, że to nie jest bła­hy kawa­łek. A brzmi to w Two­im tłu­ma­cze­niu fan­ta­stycz­nie.

A.B.: Bo chy­ba uda­ło Ci się, Fili­pie, obro­nić coś jesz­cze: siła prze­ka­zu Pat­ti Smith czę­sto leży też w pro­sto­cie jej komu­ni­ka­tu; mówi o miło­ści, życiu, śmier­ci wprost. Pol­sz­czy­zna ma kło­pot z tymi wiel­ki­mi sło­wa­mi, któ­re po angiel­sku wyda­ją się bar­dziej natu­ral­ne. Udzie­lasz Pat­ti Smith gło­su, by „mówi­ła” rów­nież po pol­sku i jej prze­kaz nie brzmi pate­tycz­nie ani nie trą­ci kiczem.

Czu­ję się zakło­po­ta­ny, bo nie wiem, jak mógł­bym zare­pli­ko­wać. Mówi­cie o swo­ich odczu­ciach, któ­re oczy­wi­ście są dla mnie zna­kiem, że się uda­ło. Pol­sz­czy­zna jest fak­tycz­nie ryzy­kow­nym języ­kiem w takich sytu­acjach, za co winił­bym bar­dzo sil­ną tra­dy­cję poezji roman­tycz­nej i mło­do­pol­skiej – tam wiel­kie sło­wa tak dobit­nie zabrzmia­ły, że jak gdy­by zago­spo­da­ro­wa­ły sobie epo­kę i w każ­dej innej zaczy­na­ją brzmieć ana­chro­nicz­nie. Dla­te­go być może dobrze jest, gdy tłu­macz czy­ta dużo poezji rewi­zjo­ni­stycz­nej – pod tym hasłem mam na myśli poezję, gdzie wiel­kość zosta­je zde­rzo­na ze zwy­kło­ścią albo wręcz brzy­do­tą, dzię­ki cze­mu zacho­wu­je nadal swo­ją donio­słość, ale odsła­nia też te bar­dziej pro­za­icz­ne zagad­nie­nia. Na podo­rę­dziu słu­żę pew­nie wyświech­ta­nym przy­kła­dem mize­ra­bi­li­sty Sta­ni­sła­wa Gro­cho­wia­ka, któ­ry mistrzow­sko detro­ni­zo­wał języ­ko­wy posąg na kotur­nie, by go uczło­wie­czyć i wyzwo­lić. Nie twier­dzę, że Pat­ti Smith pisze jak Gro­cho­wiak, to są kom­plet­nie odręb­ne galak­ty­ki, ale pew­ne pra­wa fizy­ki mają wspól­ne – wła­śnie to pra­gnie­nie oswo­bo­dze­nia sen­su spod szta­fa­żu. Ale to oczy­wi­ście tyl­ko część obsza­ru wraż­li­wo­ści, po któ­rym się poru­szam. W każ­dym razie zdro­wo jest dla tłu­ma­cza, gdy dużo czy­ta.

A.B.: Roz­ga­da­li­śmy się nie­mi­ło­sier­nie, jak Pat­ti w „Radiu Bag­dad”. Jesz­cze jakaś aneg­do­ta na sam koniec? 

Kil­ka dni temu byłem w towa­rzy­stwie mło­dych kor­po­lud­ków. Chcąc wyson­do­wać teren, zapy­ta­łem, czy waż­ne jest dla nich nazwi­sko Pat­ti Smith. Trzy obec­ne tam panie spoj­rza­ły po sobie z dez­orien­ta­cją, po czym wydu­ka­ły nie­po­rad­nie: „No, nie bar­dzo…”, „Kto to jest?”, „Nie­spe­cjal­nie…” Ale pan, któ­ry aku­rat grze­bał w segre­ga­to­rach i tyl­ko czę­ścio­wo obec­ny był duchem, nagle się oży­wił i powie­dział: „No, chy­ba dla wszyst­kich nas tu Pat­ti Smith jest bar­dzo waż­na, nie? Ja mam jej pięć płyt i spo­ro na iPo­dzie”. Czy to o czymś świad­czy? Zapew­ne tyl­ko o tych czwor­gu ludziach. Ale byłem na jej dwóch kon­cer­tach i na oby­dwu domi­no­wa­li face­ci. Wiem, to też nie musi świad­czyć o docie­ra­niu prze­ka­zu, tyl­ko o więk­szej chę­ci bywa­nia na kon­cer­tach u panów niż u pań – albo może wyni­kać z przy­pad­ku. Nie­mniej dla mnie Pat­ti Smith jest uni­wer­sal­na.

A.B., O.O.: Dla nas też!

O autorach i autorkach

Aleksandra Olszewska

absolwentka filologii polskiej w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Zarządzania Projektami w ramach studiów podyplomowych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Z Biurem Literackim związana od 2013 roku. Koordynatorka projektów zagranicznych, odpowiadająca za kontakty z partnerskimi festiwalami i instytucjami literackimi z Europy i świata, a także za współpracę z Instytutami Polskimi oraz zagranicznymi przedstawicielstwami.

Artur Burszta

Menadżer kultury. Redaktor naczelny i właściciel Biura Literackiego. Wydawca blisko tysiąca książek, w tym m.in. utworów Tymoteusza Karpowicza, Krystyny Miłobędzkiej, Tadeusza Różewicza i Rafała Wojaczka, a także Boba Dylana, Nicka Cave'a i Patti Smith. W latach 1990-1998 działacz samorządowy. Realizator Niemiecko-Polskich Spotkań Pisarzy (1993-1995). Od 1996 roku dyrektor festiwalu literackiego organizowanego jako Fort Legnica, od 2004 – Port Literacki Wrocław, od 2016 – Stacja Literatura w Stroniu Śląskim, a od 2022 – TransPort Literacki w Kołobrzegu. Autor programów telewizyjnych w TVP Kultura: Poezjem (2008–2009) i Poeci (2015) oraz filmu dokumentalnego Dorzecze Różewicza (2011). Realizator w latach 1993–1995 wraz z Berliner Festspiele Niemiecko-Polskich Spotkań Pisarzy. Wybrany podczas I Kongresu Menedżerów Kultury w 1995 roku do Zarządu Stowarzyszenia Menedżerów Kultury w Polsce. Pomysłodawca Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. Współtwórca Literary Europe Live – organizacji zrzeszającej europejskie instytucje kultury i festiwale literackie. Organizator Europejskiego Forum Literackiego (2016 i 2017). Inicjator krajowych i zagranicznych projektów, z których najbardziej znane to: Komiks wierszem, Krytyk z uczelni, Kurs na sztukę, Nakręć wiersz, Nowe głosy z Europy, Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty, Pracownie literackie, Szkoła z poezją. Wyróżniony m.in. nagrodą Sezonu Wydawniczo-Księgarskiego IKAR za „odwagę wydawania najnowszej poezji i umiejętność docierania z nią różnymi drogami do czytelnika” oraz nagrodą Biblioteki Raczyńskich „za działalność wydawniczą i żarliwą promocję poezji”.

Filip Łobodziński

Ur. w 1959 r. Iberysta, dziennikarz, muzyk i tłumacz z języków: angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, katalońskiego, portugalskiego oraz ladino. Laureat Nagrody Instytutu Cervantesa w Warszawie w 2005 r. za najlepszy przekład literacki. Przez lata pracował jako dziennikarz (TVP, Polsat News, Trójka, Inforadio, „Non Stop”, „Rock’n’Roll”, „Machina”, „Przekrój”, „Newsweek”), a obecnie współprowadzi program telewizyjny „Xięgarnia”. Współzałożyciel Zespołu Reprezentacyjnego (od 1983, sześć płyt) oraz dylan.pl (od 2014, jedna płyta), specjalizującego się w wykonywaniu przekładów piosenek Boba Dylana. W Biurze Literackim ukazały się przetłumaczone przez niego książki Dylana: Duszny kraj (2016) oraz Tarantula (2018), Patti Smith: Tańczę boso i Nie gódź się oraz Salvadora Espriu Skóra byka. Mieszka w Warszawie.

Powiązania