
W pracy nad tekstem pisarz/arka jest zawsze sam/a
debaty / ankiety i podsumowania Nina ManelOdpowiedzi Niny Manel na pytania Tadeusza Sławka w „Kwestionariuszu 2022”.
WięcejRozmowa Pawła Bienia z Niną Manel, laureatką 12. edycji „Połowu”
Paweł Bień: Napisałaś kiedyś o sobie, że lubisz książki i Czarodziejkę z Księżyca. Czy daleko jest od Czarodziejki do poezji?
Nina Manel: Blisko. Czarodziejka też uczy i bawi. Nauczyła mnie na przykład, że przeceniamy inteligencję – i piszę to całkiem poważnie. Bo o ile o zgubnym przecenianiu fizycznego piękna mówi się i pisze wiele, o tyle poziom inteligencji dalej ma pod tym względem fory. Wykładam między innymi psychologię inteligencji i widzę skutki utożsamiania ogólnych możliwości poznawczych człowieka z inteligencją. Studenci, rozwiązując test inteligencji (w celach nauki psychometrii), potrafią załamać się przypadkowym wynikiem. I są nieufni, kiedy im tłumaczę, że to nic nie znaczy. Całe życie wmawiano im, że to ich największy życiowy kapitał.
Bunny Tsukino z pewnością nie należy do intelektualnych geniuszy, ale nie przejmuje się tym. Wie, że ma inne zalety: jest empatyczna, dobra, odważna i potrafi słuchać ludzi. Okazuje się, że to wystarcza do uratowania świata. Może powinnam stosować odcinki Czarodziejki jako narzędzie dydaktyczne, ale obawiam się, że Naoko Takeuchi zbyt seksualizuje swoje bohaterki (śmiech).
Przyznaję jednak, że we wspomnianym przez Ciebie zdaniu bardziej chodziło mi o czytanie prozy niż poezji.
Jesteś absolwentką neurokognitywistyki, obecnie doktoryzujesz się w Instytucie Psychologii UJ. Czy tak częsty kontakt z dyskursem naukowym nie utrudnia Ci pracy nad wierszami? Może te dwa języki mają jakieś punkty wspólne?
Nie utrudnia, myślę, że ułatwia. Nie mam humanistycznego wykształcenia, więc korzystam ze słownika umysłowego, który posiadam. Osobiście sądzę też, że nie ma piękniejszego i bardziej poetyckiego języka, o czym wspominała kiedyś Anna Adamowicz. Sięgnęłam po leżącą obok Biochemię Berga i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to „Tropienie śladów węgla”. Nie dość, że cudownie brzmi, to znakomicie sprawdza się jako przenośnia.
W gimnazjum moim ulubionym przedmiotem była chemia. Możliwość zapisania całej charakterystyki substancji o długiej nazwie w postaci trzyliterowego wzoru jest niesamowite. Chciałabym osiągnąć kiedyś taki stopień wysycenia każdej litery treścią, w wierszu.
W „Spotted: Zamość” śmiało sięgasz do tej osobliwej formy prób nawiązywania kontaktu. Czy widzisz w tym jakieś signum temporis?
Nie. Akurat „Spotted: Zamość” to może nie najlepszy przykład, bo chodziło mi o ten konkretny fanpejdż, jedno ze straszliwszych miejsc w Internecie; wynika to głównie ze średniej wieku użytkowników, która oscyluje między późną podstawówką, a (niegdyś) wczesnym gimnazjum. To trudny okres, nic więc dziwnego, że preferują tę dyskretną formę kontaktu z płcią przeciwną.
Wracając do pytania: też często słyszę utyskiwania, jakoby to ludzie niemal w zupełnie przeszli na kontakt via sieć. Cóż, po powrocie ze szpitala czy uczelni, gdzie ludzi widzę często zbyt wielu, również zdecydowanie preferuję formę kontaktu, gdzie ciało jest spoziomowane, jest cicho i w każdej chwili mogę się pożegnać. Wydaje mi się to na tyle logiczne, że nie dopatruję się głębszego sensu.
Myślę, że jesteśmy przebodźcowani. Hamowanie ochronne nam wysiadło. Jakby Pawłow wstał z grobu i zobaczył co zrobiliśmy sobie z układem nerwowym, to był umarł drugi raz. Bo teraz już nie tylko melancholicy mają słaby OUN.
Puentujesz ten wiersz frazą: „chwyć wierszyk jak ringo, daj lajka, nie pierdol”. Czy „wierszyk” da się „łapać jak ringo”? I jak ma się, w Twoim przekonaniu, „wierszyk” do „wiersza”.
Niektórzy łapią, więc chyba tak. A zdrobnienia w ogóle bardzo lubię. Stanisława Mygowa wspominała, że kiedy Poświatowska kończyła pracę nad utworem i trzeba go było przepisać na maszynie, wołała: „Mamciu, napisałam wierszyk”. Ten zdrowy dystans do graficznego zapisu myśli odpowiada mi.
Ale „Spotted: Zamość” to jeden z wielu Twoich wierszy, w których tytułach dokładnie określasz miejsce poetyckiej akcji. Można odnieść wrażenie, że topografia jest dla Ciebie szczególnie istotna.
To prawda, choć to się tyczy raczej najstarszych wierszy. W dzieciństwie tak często zmieniałam miejsce zamieszkania (wraz ze zmianą elementu dekoracyjnego w postaci najbliższej rodziny), że nie mogę powiedzieć skąd jestem. To najtrudniejsze pytanie, jakie zadają mi nowi znajomi. Jestem znikąd. Dlatego miejsca przykuwają moją szczególną uwagę.
Ma to swoje dobre strony. Mam taką orientację w terenie, że Google Maps to przy mnie dziecko we mgle. Zapytaj starych znajomych (śmiech).
A skoro pytałem o znaki czasów – w „K Mag” wyliczasz niemal jednym tchem „wintydż dyskoteki”, kryształki Swarovskiego, blogerki modowe czy buty Louboutina. Pokusa zdefiniowania współczesności jest chyba silna?
Trudno zdefiniować przeszłość, której się nie pamięta i przyszłość, której się nie zna. Zresztą, dla mnie to konstrukty teoretyczne.
Kamil Kwidziński powiedział kiedyś na wspólnym spotkaniu autorskim, że kiedy czyta moje teksty, to widzi: „blondynki, modelki i wszystko, co się świeci”. Korzystam z grajdołka, w jakim czuję się dobrze. Nie wszystko złoto, co się świeci, zgadza się; ale i nie wszystko plastik.
Wierzysz w to, że poezja jest medium zdolnym przekonująco opisać współczesność?
Przekonująco tak, czy obiektywnie, nie wiem. Mamy zmienność osobniczą.
Twoja „Dalida” przypomina poetykę Pułki. Uznajesz takie skojarzenie za uprawnione?
Nie znam dobrze twórczości Pułki, poza tymi pierwszymi wierszami, które czytałam w okolicach wydania, czyli dawno. „Dalida” to z kolei skrócona wariacja na temat „Piętnastu wdzięcznych wersów dla ślicznej Jean Harlow”.
Zastanawia mnie raczej, czy jest jakiś początkujący/a poeta lub poetka w Polsce, którzy nie zostali o koneksje z Pułką zapytani, i co to może oznaczać w kontekście stopnia jego uniwersalności.
„Zasuszony język traci wszystkie kody” – to jedna z moich ulubionych fraz wypisanych z Twoich wierszy. Czym jest dla Ciebie „zasuszanie języka”?
To pewnie będzie rozczarowująca odpowiedź, ale dla mnie to bardziej kwestia psychologii niż literatury.
Przygotowuję teraz projekt badawczy dotyczących neuroplastyczności u osób w wieku 65+. Z analizy ostatnich badań wynika, że większość utraconych przez fizjologiczny proces starzenia poznawczego funkcji umysłowych można odzyskać przy pomocy intensywnego neurotreningu: przestrzenne, matematyczno-logiczne, wykonawcze i tak dalej. Jedynym wyjątkiem są zaniedbane funkcje werbalne. Ich nie da się tak perfekcyjnie odtworzyć, jeśli już odpuścimy działania profilaktyczne. Wydaje mi się to bardzo znaczące. Ale obiecuję, że jeszcze popracuję nad tą kwestią (śmiech).
W „Kopcu Chmielnickiego” w tej samej strofie sąsiadują ze sobą figury gwiazdy, serca, miski podrobów i grudy ziemi. Tworzysz wielkie napięcia, które później rozbijasz, pisząc „Tędy wzejdzie księżyc, jak półdupek boga’’. Co myślisz o dramaturgii wiersza?
Ogólnie, czy tego konkretnie?
Może zacznijmy od tego, myślę, że to dobry punkt wyjścia.
Tym trudniej. Bo wcale nie jestem przekonana, czy rozbiła się tu dramaturgia. Ale jeśli następuje zwrot, to tym lepiej. Czytelnik się nie znudzi.
Ogólnie bardzo barok i przepych wiersza, lubię nadmuchiwać balonik, a później go przebijać. Efekciarstwo? Pewnie. Ale czasami tak mocno przebijesz balonik, że aż pójdzie w nerw i żaden wyważony tekst nie odda tej reakcji.
„Kopiec Lutrów” odczytałem jako wielkie pytanie o tożsamość; jej istotę i szerokie implikacje. Czy w konstytuowaniu świadomości jednostki poezja może mieć jakąś istotną rolę, skoro „Spróchniały miesiączek oświetli litery – / poecie zostaną numery, nie słowa”?
Nie wiem, czy moje rachityczne plecy i nie mniej rachityczny mózg uniosą tę odpowiedzialność; wydaje mi się jednak, że jedno nie wyklucza drugiego. Słowa zostaną żyjącym, bo to ich domena. Po śmierci przeważnie łatwiej nas ująć w liczbowe parametry.
Pozwól, że na koniec zapytam o Twoją metodę pracy. Jak długo „dojrzewa” w Tobie wiersz zanim zostanie spisany? Cytując fragment „Kopca Welesa” mógłbym przekornie zapytać, czy nagle przychodzące natchnienie to „chochlik czy już demon?”
Chochlik. Demon kojarzy mi się z opętaniem, które przejmuje nad Tobą kontrolę. Jeśli mam stertę zaległych artykułów medycznych do napisania lub książek do przeczytania, nie siadam do wierszy. Wierzę w coś w rodzaju natchnienia, które można by ująć według formalnej teorii intelektu jako idealną kompozycję „osoby, zadania i sytuacji”; czasami jest najwłaściwszy moment do napisania danego tekstu, bo okoliczności temu sprzyjają. Niemniej, ja nie mam czasu korzystać z takich przywilejów. Siadam, gdy mam czas, i zapisuję rzeczy sprzed kilku tygodni lub miesięcy. Dlatego chochlik, a jeśli już demon, to taki w stylu „Neon Demon”.
W wierszu „Niech żyją wszystkie układy sensoryczne” podmiot liryczny stwierdza: „Jestem także krtanią, pierwszą zwrotką wiersza”. Czy sama jesteś pierwszą zwrotką swoich wierszy, które wychodzą z osobistego doświadczenia, by w swoim biegu oderwać się od niego?
Nie. Nie mam problemu przyznać, że teksty pełnią także funkcję autoterapii; jednak może ona zachodzić w dwa różne sposoby. Jedni przepracowują własne traumy, inni – cudze, by po przeczytaniu stwierdzić: o kurwa, ja to mam szczęście. Bliższy jest mi ten drugi sposób.
Akurat ten wiersz jest wyjątkiem. I tytułuje zestaw.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Ja również. Mój narcyzm został zaspokojony.
Poetka. Mieszka w Krakowie.
Urodzony w 1994. Absolwent MISH Uniwersytetu Wrocławskiego (tytuł licencjata), student MISH Uniwersytetu Warszawskiego (studia magisterskie). Pola zainteresowań: antropologia gestu i wizualności, pamięć zbiorowa, kultura II Rzeczpospolitej. Skrzypek amator. Dwukrotny stypendysta artystyczny Prezydenta Wrocławia, laureat kilkunastu nagród poetyckich. Przed debiutem książkowym. Mieszka w Warszawie.