wywiady / o pisaniu

Sześćset stron do końca świata

Agata Dyczko

Ewa Tondys-Kohmann

Rozmowa Agaty Dyczko z Ewą Tondys-Kohmann, laureatką projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2022”.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Aga­ta Dycz­ko: Ewo, na począ­tek przy­znam Ci się, że twój frag­ment prze­zna­czo­ny do publi­ka­cji dałam do prze­czy­ta­nia moje­mu bli­skie­mu dzie­się­cio­lat­ko­wi. Popro­sił, żeby książ­ka mia­ła co naj­mniej 600 stron, bo chciał­by czy­tać ją parę lat.

Ewa Ton­dys-Koh­mann: (śmiech) Bar­dzo miło mi to sły­szeć. Jed­no­cze­śnie trak­tu­ję to jako zobo­wią­za­nie.

Jakie było pierw­sze zda­nie, pierw­szy obraz tej opo­wie­ści? Od cze­go zaczy­na się histo­rię na parę lat?

Przede wszyst­kim te lata to okres powsta­wa­nia tek­stu. Pierw­sze zda­nie, zalą­żek książ­ki, jej temat muszą być dla mnie na tyle waż­ne, by poświę­cić tak wie­le cza­su na jego roz­wi­ja­nie. Tym bar­dziej, że ten czas jest kra­dzio­ny innym sfe­rom życia. Chy­ba Mariusz Szczy­gieł zadał kie­dyś inne­mu repor­ta­ży­ście takie pyta­nie (a może cyto­wał Han­nę Krall?): „Dla­cze­go pan musiał napi­sać tę książ­kę?” Nie ‒ „chciał”, nie ‒ „napi­sał”, ale wła­śnie ‒ „musiał”. To jest sed­no. Powód, dla któ­re­go odpusz­cza się tak wie­le: od seria­li na Net­fli­xie, przez plan­szów­ki z dzieć­mi, po zawę­że­nie zawo­do­we­go pola ‒ tyl­ko po to, by tłuc w kla­wia­tu­rę, musi prze­cież być nie­ba­ga­tel­ny.

Wra­ca­jąc do two­je­go pyta­nia. Tym razem zaczę­ło się bodaj 26 mar­ca 2020 roku. Ogło­szo­no wte­dy pierw­sze obostrze­nia w związ­ku z pan­de­mią koro­na­wi­ru­sa, w tym zamknię­cie skle­pów. Szłam, a w zasa­dzie bie­głam, przez dys­kont z owa­dem w logo, zgar­nia­jąc do koszy­ka wszyst­ko, co mia­ło dłu­gi okres waż­no­ści. Wiesz, maka­ro­ny, ryże, pusz­ki, mąkę, droż­dże instant. Dosko­na­le pamię­tam, że chcia­łam roz­ło­żyć ramio­na jak ptak skrzy­dła i zgar­niać towar z półek wprost do wóz­ka. Ten impuls, żeby brać, co zosta­ło po nalo­tach poprzed­nich klien­tów. To było total­nie pier­wot­ne uczu­cie, wręcz ata­wi­stycz­ne, zwią­za­ne z wykar­mie­niem rodzi­ny, coś jak polo­wa­nie przed okre­sem gło­du. W póź­niej­szych roz­mo­wach ze zna­jo­my­mi oka­za­ło się, że to uczu­cie opa­no­wa­ło nie tyl­ko mnie.

Dru­gim kro­kiem było wystą­pie­nie Bil­la Gate­sa na kon­fe­ren­cji TEDx w 2015 roku, wysłu­cha­ne wio­sną 2020. Te daty mają zna­cze­nie, bo Gates z zadzi­wia­ją­cą dokład­no­ścią prze­wi­dział, jak się przy­go­to­wać na to, co zasko­czy­ło świat kil­ka lat póź­niej. Na taki grunt padła myśl o prep­pe­rin­gu. I dłu­go, dłu­go kieł­ko­wa­ła.

Pierw­sze pędy puści­ła chy­ba wio­sną 2021 roku w posta­ci zain­te­re­so­wa­nia kon­kret­ny­mi miej­sca­mi ‒ naj­star­szą w mojej oko­li­cy kamie­ni­cą i dom­kiem sto­ją­cym wśród warsz­ta­tów samo­cho­do­wych, przed któ­rym ktoś upra­wiał ogród w sty­lu iście wer­sal­skim. Pamię­tam pierw­sze wra­że­nie, któ­re zaowo­co­wa­ło fascy­na­cją. Zima, sza­ra­we plac­ki śnie­gu na skrzęt­nie opa­tu­lo­nych krze­wach, tuż przy par­ka­nie gip­so­wy che­ru­bi­nek w płasz­czy­ku z czer­wo­nej folii. Bra­ko­wa­ło mu tyl­ko koszycz­ka dla bab­ci.

I tu akcja prze­no­si się do gło­wy. Kim jest oso­ba two­rzą­ca Wer­sal w środ­ku robot­ni­cze­go Gro­cho­wa? Co każe tej oso­bie przy­ci­nać rośli­ny w fiku­śne kształ­ty? Chęć kon­tro­li? Wła­śnie ją utra­ci­li­śmy, bo pan­de­mia, lock­down etc., może więc to wyraz potrze­by zapa­no­wa­nia nad ota­cza­ją­cym cha­osem? I dalej, dla­cze­go tak przy­wy­kli­śmy do kon­tro­lo­wa­nia swo­je­go życia? Prze­cież nie zawsze tak było, szcze­gól­nie tu, w kra­ju nazna­czo­nym licz­ny­mi oku­pa­cja­mi, woj­na­mi, pozor­ną nie­pod­le­gło­ścią. Znasz te star­sze panie, któ­re zawsze mają w toreb­ce krom­kę chle­ba? Tyl­ko na wszel­ki wypa­dek, w razie jak­by mia­ły dłu­go nie wra­cać do domu? Z tego zakwi­tła histo­ria chło­pa­ków zafa­scy­no­wa­nych prep­pe­rin­giem poprzed­nie­go poko­le­nia, któ­ry czę­ściej nazy­wa­no prze­zor­no­ścią, oraz jego eks­tra­po­la­cją do naszych sza­lo­nych cza­sów.

A skąd Gro­chów? Bo tam zain­sta­lo­wa­łaś Sebi­cze­go i kum­pli. Jest coś wyjąt­ko­we­go w atmos­fe­rze tego miej­sca, w ludziach je zamiesz­ku­ją­cych? A może cho­dzi o two­je wła­sne doświad­cze­nie? Ja tam kie­dyś też bywa­łam i zapa­mię­ta­łam sobie napis „GROCHÓW FANATYCZNY”. Brzmi dość psy­cho­de­licz­nie. A Ty jak widzisz Gro­chów?

Jestem stąd ‒ spę­dzi­łam na Gro­cho­wie dzie­ciń­stwo i wcze­sną doro­słość ‒ więc to dla mnie natu­ral­ny wybór, pole­ca­ny chy­ba wszyst­kim począt­ku­ją­cym pisa­rzom. Przy oka­zji wyszła z tego podróż sen­ty­men­tal­na.

Po powro­cie do dziel­ni­cy dzie­ciń­stwa zupeł­nie ina­czej spoj­rza­łam na to miej­sce. Ono oczy­wi­ście też się zmie­ni­ło, i to bar­dzo! Musia­ło jed­nak stać się tro­chę obce, żebym mogła je doce­nić, zoba­czyć jego róż­no­rod­ność, mul­ti­kul­tu­ro­wość, malow­ni­czość, ale jed­no­cze­śnie mało­mia­stecz­ko­wość. Tu w jed­nej kolej­ce po pie­czy­wo spo­tkasz zarów­no Rom­kę sprze­da­ją­cą z ręki sta­ro­mod­ne dam­skie koszul­ki, eme­ry­to­wa­ne­go pro­fe­so­ra uni­wer­sy­tec­kie­go, wiet­nam­ską mani­kiu­rzyst­kę, ormiań­skie­go skle­pi­ka­rza, jak i pol­skie­go kraw­ca. Z dru­giej stro­ny Gro­chów jest jak małe mia­stecz­ko pośród metro­po­lii. Dużo osób zna się co naj­mniej z widze­nia: cho­dzi­ło do rów­no­le­głych klas, kupu­je lub sprze­da­je sobie nawza­jem buł­ki czy kwia­ty, leczy zwie­rza­ki i zęby. Wia­do­mo, kto ksiądz, a kto zło­dziej zapal­ni­czek. Trud­no nie wspo­mnieć też o posta­ciach tak cha­rak­te­ry­stycz­nych, że nie do pomy­le­nia z kim­kol­wiek innym. Za przy­kład niech posłu­ży Gro­chow­ski Nin­ja ‒ chło­pak, któ­ry prze­mie­rza uli­ce Gro­cho­wa w stro­ju japoń­skie­go taj­nia­ka.

A napis? Wisi nadal. Czy­tam go jako sym­bol swo­istej wspól­no­ty miesz­kań­ców, przy­naj­mniej czę­ścio­wej. Cho­dzi oczy­wi­ście o wia­rę w Legię War­sza­wa, naj­gor­li­wiej wyzna­wa­ną reli­gię tej dziel­ni­cy. Tu zawsze przy­po­mi­na mi się moja igno­ran­cja. Na kamie­ni­cy naprze­ciw­ko, w któ­rej zamiesz­ka­łam po powro­cie na Gro­chów, naba­zgra­no „śmierć polo­ni­stom”. Dłu­go zasta­na­wia­łam, czym zasłu­ży­li sobie nauczy­cie­le języ­ka pol­skie­go na akt tak jaw­nej agre­sji. Wyda­wa­ło mi się rów­nież, że wię­cej pre­ten­sji mogło­by się zebrać w sto­sun­ku do nauczy­cie­li przed­mio­tów mniej lubia­nych. Tacy mate­ma­ty­cy, fizy­cy, che­mi­cy czy nawet histo­ry­cy. Cóż, na szczę­ście czło­wiek, z któ­rym żyję, upra­wia jedy­ną pozy­tyw­ną for­mę man­spla­inin­gu i wytłu­ma­czył mi zawi­ło­ści rela­cji mię­dzy war­szaw­ski­mi klu­ba­mi spor­to­wy­mi.

We frag­men­tach książ­ki, któ­re prze­czy­ta­łam, jest dużo o śmier­ci. Piszesz o cie­le odłą­czo­nym od czło­wie­ka, zamknię­tym w sło­iku jako kieł­ba­sa, odcię­tym palu­chu, zwło­kach. Nawet kie­dy wspo­mi­nasz punkt krwio­daw­stwa, prze­kra­czasz tabu śmier­ci, bawiąc się cia­łem, roz­człon­ko­wu­jąc je, pod­da­jąc trans­for­ma­cjom i przy­glą­da­jąc się temu pro­ce­so­wi. Skąd ta tur­pi­stycz­na sty­li­sty­ka? Czy wyni­ka z chę­ci poru­sze­nia tema­tu śmier­ci i kru­cho­ści życia?

Widzę śmierć bar­dziej jako ele­ment poza kon­tro­lą czło­wie­ka. Coś, cze­mu współ­cze­śnie bar­dzo się dzi­wi­my, cze­go uni­ka­my, pró­bu­je­my zamy­kać na to oczy albo przed­sta­wia­my w kate­go­riach sen­sa­cji. I znów wró­cę do mało­mia­stecz­ko­wo­ści Gro­cho­wa. Tutaj wszy­scy wie­dzą, kto, kie­dy i jak umarł. Zafi­ran­ko­we sie­dli­sko plo­tek dzia­ła nie gorzej niż na wsiach. Śmierć jest obec­na w życiu, roz­mo­wach, nawet na uli­cy. Jest chy­ba mniej wyklu­czo­na niż w bar­dziej ele­ganc­kich dziel­ni­cach. Oczy­wi­ście mogę się mylić, nigdy w takiej nie miesz­ka­łam. (śmiech)

Czy uwzględ­niasz jakąś for­mę cią­gło­ści ist­nie­nia, któ­ra prze­kra­cza­ła­by gra­ni­cę śmier­ci? Nie chcę mówić „życie wiecz­ne”, bo to bar­dzo chrze­ści­jań­sko brzmi i sta­je w zbyt wyraź­nej opo­zy­cji do cia­ła. Ale może cho­dzi wła­śnie o to, że tam nic nie ma? Że tym bar­dziej życie jest eks­cy­tu­ją­ce i waż­ne?

Z wie­kiem tra­cę pew­ność. W kwe­stiach cał­ko­wi­cie fizycz­nych trud­no mi wyobra­zić sobie sze­ro­ko poję­te zmar­twych­wsta­nie, zbyt moc­no jestem osa­dzo­na w naukach ści­słych. Ostat­nio naj­bar­dziej prze­ma­wia do mnie obraz, któ­ry przy­to­czy­ła Maria Peszek w swo­ich roz­mo­wach z ojcem. Cho­dzi o taką for­mę cmen­ta­rza, gdzie zamiast kla­sycz­ne­go lastry­ko w miej­scu pochów­ku sadzi się drze­wo. W dodat­ku zawcza­su moż­na wybrać jego gatu­nek. Urze­kła mnie wizja naj­praw­dziw­sze­go życia, czer­pią­ce­go z mojej śmier­ci.

W bar­dziej ducho­wym, a jed­no­cze­śnie meta­fo­rycz­nym wymia­rze coraz bli­żej mi do tek­stu pio­sen­ki Hey pt. „Moogie”. To krót­ka histo­ria o tym, jak puszy­sty Jan pró­bu­je prze­ci­snąć się przez tunel łączą­cy ziem­skie życie z wiecz­no­ścią i w koń­cu się zakli­no­wu­je. Pozwól, że przy­to­czę:

(…) Więc nie myśl, że wiecz­ność
Jest balem czy ucztą,
Poby­tem w kuror­cie, weso­łym mia­stecz­kiem
Ban­kie­tem z gwiaz­da­mi, tań­ca­mi do rana,
Her­bat­ką u kró­la z szam­pa­nem, cia­stecz­kiem.
Wiecz­ność to tunel koń­czą­cy się… dupą.

(śmiech) Tak, Kasia Nosow­ska i jej tek­sty! Ich język jest nie do pod­ro­bie­nia. A jakie Ty masz zało­że­nia co do języ­ka, któ­rym piszesz? Jest prze­siąk­nię­ty zaka­pior­stwem, jak­by wypre­pa­ro­wa­ny. Robi za teatr opi­sy­wa­nych zda­rzeń, ich sce­no­gra­fię i kostium.

Myśl prze­wod­nia, nazwij­my ją tak robo­czo, przy­szła mi do gło­wy po lek­tu­rze Chodź ze mną Łuka­sza Orbi­tow­skie­go. A brzmia­ła mniej wię­cej tak: napi­sać tę opo­wieść tak, jak­by boha­ter sam pró­bo­wał obja­śnić sobie swo­je losy. A sko­ro pocho­dzi z kon­kret­ne­go miej­sca na mapie, w histo­rii i w swo­im życiu, to jego język będzie tym wła­śnie podyk­to­wa­ny. Począt­ko­wo więc jest to spo­sób mówie­nia nasto­lat­ka z lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku. Z cza­sem jed­nak będzie musiał się zmie­niać wraz z doświad­cze­niem boha­te­ra i oko­licz­no­ścia­mi histo­rii.

Dla­cze­go ban­da nasto­let­nich chło­pa­ków? Dla­cze­go nie dziew­czy­ny?

Może dla­te­go, że ten obcy dla mnie świat wydał mi się cie­kaw­szy? Tra­wa zawsze bar­dziej zie­lo­na po dru­giej stro­nie uli­cy, jak mawia­ją w UK. Chcia­ła­bym jed­nak spro­sto­wać, w Nie nazy­waj­my tego po imie­niu będzie część dziew­czyń­ska, a raczej kobie­ca.

Czy to ozna­cza, że książ­ka będzie dyp­ty­kiem? Awers i rewers histo­rii z koń­cem świa­ta w fina­le?

Bar­dziej to dru­gie. W zało­że­niu obie histo­rie mają się prze­pla­tać, opo­wia­dać ten sam świat z róż­nych per­spek­tyw, dopeł­niać sie­bie nawza­jem. Tro­chę jak w wal­cu wie­deń­skim, kie­dy tan­cerz robi krok w przód, part­ner­ka musi zro­bić krok do tyłu. W praw­dzi­wym życiu na wszyst­ko prze­cież moż­na spoj­rzeć pod róż­nym kątem, aspek­tów spra­wy z regu­ły jest wię­cej niż jeden, a wszyst­kie poplą­ta­ne we wspól­ny kłę­bek. Stąd pomysł, by poka­zać siło­wa­nie się z cha­osem rze­czy­wi­sto­ści na róż­ne spo­so­by, roz­bież­ność reak­cji na ten sam ‒ mniej lub bar­dziej wyima­gi­no­wa­ny ‒ koniec świa­ta.

Czy pisząc, reali­zu­jesz w jakimś sen­sie swo­je fan­ta­zję i marze­nia? Ja na przy­kład mam wra­że­nie, że prze­ży­wam sytu­acje, pro­jek­tu­ję świa­ty, w któ­rych chcia­ła­bym uczest­ni­czyć.

Oj, nie! (śmiech) Raczej jest to pró­ba wytłu­ma­cze­nia sobie jakie­goś zja­wi­ska, odpo­wie­dzi na pyta­nie, któ­re nie daje mi spo­ko­ju. Na kon­kret­nym przy­kła­dzie. Z tym, że muszę sobie ten przy­kład sama wymy­ślić i przyj­rzeć się, ile jest w nim praw­dy.

Czy boisz się koń­ca świa­ta?

Od zawsze.

 

Dofi­nan­so­wa­no ze środ­ków Mini­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Naro­do­we­go pocho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tu­ry – pań­stwo­we­go fun­du­szu celo­we­go.

 

O autorach i autorkach

Agata Dyczko

Reżyserka teatralna, twórczyni słuchowisk, osoba pisząca. Współpracuje z Teatrem Wielkim w Warszawie i Operą Wrocławską. W Radiu Kapitał, w ramach „Pasma dla Ziemi”, prowadzi audycję zatytułowaną „w pasiece taty dyczko”. Lubi przyglądać się miejscom i ich mieszkańcom, interesują ją sytuacje wielogatunkowe, w szczególności relacje i negocjacje. Ceni sobie wyobrażanie niemożliwych społeczności, ciał i połączeń. Nigdy nie przestanie czytać o zwierzętach, w szczególności o ich myśleniu i czuciu, jest ciekawa narządów zmysłów, których sama nie posiada. Chciałaby zacząć nurkować.

Ewa Tondys-Kohmann

Ur. w 1984 r. w Warszawie. Autorka opowiadań, finalistka „Połowu. Prozatorskich debiutów” 2021 i 2022 oraz konkursu „Odwrócona strefa” organizowanych przez Biuro Literackie. Absolwentka Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego i Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, doktorka, matka wielodzietna. Jej prozę można znaleźć na łamach „Magazynu Drobiazgi”, „Fabularie”, „Tlen Literacki” oraz „Magazynu Zakład”. Mieszka na warszawskim Grochowie.

Powiązania